Zapomniałem, jacy oni są dobrzy. Oglądałem pilnie mecze towarzyskie, a nawet, wstyd się przyznać, w jakimś porywie sentymentu obejrzałem wiosenne zwycięstwa nad Arsenalem, Chelsea i Manchesterem City, a mimo to stale marudziłem, że przydałyby się wzmocnienia, że z ustawieniem 4-4-2 trzeba się jak najszybciej pożegnać i że kiedy w pierwszym składzie wychodzi Peter Crouch, to kończy się rozgrywanie. Potem przeczytałem skład, w stosunku do majowego meczu z MC różniący się zaledwie nazwiskiem prawego obrońcy, rozsiadłem się przed monitorem i…
Tak, to był ten sam porażająco szybki i niezmordowany Gareth Bale (w „Przewodniku po Premiership” napisałem o Martinie Petrowie, że jest najlepszą lewą nogą ekstraklasy, a De skomentował, że Giggs się obrazi, ale co w takim razie powiedzieć o Bale’u…). To był ten sam Luka Modrić, imponujący przeglądem sytuacji i walecznością (ta pchła, ustawiona tym razem w środku pomocy, nie bała się wchodzić wślizgiem w Yaya Toure!). To był ten sam Aaron Lennon, szybki, ale przede wszystkim celnie dośrodkowujący. Ten sam elegancki i nie do przejścia Ledley King. Ten sam rozrzucający piłki na skrzydła albo celnie i mocno uderzający z dystansu Tom Huddlestone. Ten sam szukający sobie miejsca do niespodziewanego uderzenia Jermain Defoe. Ten sam zaczynający pressing swojej drużyny Peter Crouch. Jedynym zaskoczeniem, choć przecież nie całkowitym, był świetny występ na lewej obronie Benoit Assou-Ekotto: w przeszłości zdarzały mu się kiksy i faule w polu karnym, a wczorajszy wślizg, którym odbebrał piłkę Wrightowi-Philipsowi kilkadziesiąt sekund po rozpoczęciu drugiej połowy, nawet za dziesięć miesięcy będzie jedną z najlepszych interwencji obrońcy w tym sezonie Premiership.
Tak, to był ten sam Tottenham, z błyskawicznie ekspediowanymi przez środkowych pomocników piłkami do szybkich skrzydłowych, to z lewej strony, to z prawej nabiegających na bocznych obrońców rywala. Ale można powiedzieć również, że mimo iż Roberto Mancini ostrzygł się i zdjął szalik, był to ten sam, co w ubiegłym sezonie, Manchester City: w meczach wyjazdowych hiperostrożny i ratujący punkty głównie dzięki fenomenalnej postawie bramkarza. Fabio Capello musiał po meczu pluć sobie w brodę, że nie postawił na Joe Harta od pierwszego meczu mundialu: jego znakomitej formy po świetnych występach w Birmingham (a nawet kilkanaście miesięcy temu w Manchesterze City) można się przecież było spodziewać. To, że Tottenham nie wygrał 4:0, nie jest winą źle ustawionych celowników gospodarzy (no, może Gareth Bale nie musiał pudłować mając przed sobą otwartą bramkę w końcówce meczu; szkoda, że musiał uderzać słabszą nogą…), tylko zasługą życiowej formy młodego Anglika.
Zdumiewające jednak, jak na wiele pozwolili Tottenhamowi jego koledzy, i to mimo ultradefensywnego ustawienia 4-3-2-1. Zastanawialiśmy się, po co Manciniemu tylu defensywnych pomocników, to już wiemy: Włoch w jednym meczu potrafi wystawić ich trzech, jako jedyne zadanie powierzając im jak najdłuższe utrzymywanie się przy piłce (statystyka podań: Barry 56 celnych z 59, Yaya Toure 68 z 70, de Jong 55 z 59 – wygląda na to, że podawali głównie do siebie)… Szkoda (dla widowiska), że do gry przed nimi deleguje kiepskich wczoraj Silvę i Wrighta-Philipsa, a nie np. Adama Johnsona. Szkoda, że tak późno decyduje się sięgnąć po Adebayora, a wpuszczając go, wycofuje równocześnie Teveza, który wcześniej nie miał szans w rywalizacji z wysokimi stoperami Tottenhamu. Szkoda, że wpisując do protokołu meczowego jednych, niemal automatycznie idzie na wojnę z innymi, przypomnijmy: najczęściej fantastycznie zarabiającymi gwiazdorami o niemałym ego. Zgoda, to dopiero pierwszy mecz, ale po jego zakończeniu misja Włocha wydaje mi się jeszcze bardziej impossible. Zresztą – ech, to szaleństwo angielskich mediów… – już zaczynają się pojawiać spekulacje na temat osoby, która przejmie po nim drużynę; wśród faworytów jest m.in. Capello.
Nawet mimo defensywnej taktyki MC złe duchy mundialu zostały odpędzone już w ciągu pierwszych kilkudziesięciu minut sezonu: mimo iż ostatecznie nie obejrzeliśmy bramek, była walka, było bardzo szybkie tempo i były okazja za okazją. A w kolejnych meczach działo się równie wiele. Chociaż i tutaj – może poza jednym wyjątkiem – można było odnieść wrażenie, że wciąż oglądamy sezon poprzedni. Perwersyjnie nie zaczynając ani od lidera, ani od wicelidera tabeli: Everton, jak co roku, zaczyna powoli, całkiem odwrotnie jak Aston Villa (nawet jeśli na ławce nie siedzi O’Neill, a Milner rozgrywa pewnie ostatni mecz – mają młodego Albrightona), Birmingham, jak przed rokiem, okazuje się niełatwym orzechem do zgryzienia, Sunderland wciąż nie umie się bronić i wciąż (Cattermole…) przesadza ze wślizgami, nawet West Ham mimo zmiany menedżera nie wydaje się ani trochę mocniejszy…
Blackpool wróżyłem bezapelacyjny spadek z Premier League i swoje zdanie podtrzymuję, ale jestem zachwycony, że przez kilka godzin liderowali tabeli. Pamiętam jednak, że wszystkie okazje dla beniaminka – i wszystkie bramki – padały po przerażających błędach w obronie Wigan. Piłkarze Roberto Martineza nie grali pressingiem, nie kryli i niemal w każdym przypadku zostawali metr za rywalem – oto dlaczego i oni powinni w tym roku opuścić ekstraklasę. Piłkarze Iana Hollowaya zaś… cóż, będziemy im kibicować, tak jak przed rokiem kibicowaliśmy Burnley Owena Coyle’a, ale – jak mówi sam menedżer – „są kilometry za wszystkimi innymi”. Przed nimi długi, ciężki sezon.
Podobnie długi, ciężki sezon czeka West Bromwich. Z całym szacunkiem dla klasy mistrzów Anglii, piłkarze Roberto di Matteo – zwłaszcza ci stojący w murze podczas rzutów wolnych – robili wszystko, by ułatwić im zadanie. Trzy gole po prostych błędach przy stałych fragmentach gry, i mecz jest przesądzony: czas na popisy – takie jak akcja, po której bramkę zdobył Frank Lampard.
Co do dzisiejszego meczu Arsenalu z Liverpoolem wypada zacząć od cytatu z Carlo Ancelottiego, który powiedział: „Benayoun i Cole są kompletnie różni: Yossi jest bardzo inteligentnym piłkarzem”. Zgoda: zabrzmiało jak zabrzmiało, bo włoski menedżer nie stał się w ciągu ostatnich miesięcy bardziej wymowny. Z drugiej strony jak tu skomentować zachowanie piłkarza, który w ostatniej minucie pierwszej połowy, kilometry od własnej bramki, w ten sposób atakuje nogi rywala?
Kompletnie różny mecz od tego Tottenhamu z Manchesterem City. Oba zespoły dużo ostrożniejsze, tempo wolniejsze, dużo mniej sytuacji – a w związku z tym pojedyncze incydenty dużo mocniej rzucające się w oczy. Przykład pierwszy z brzegu: Almunia, mijający się z piłką przy dośrodkowaniu z rzutu rożnego w pierwszej połowie jak Fabiański podczas meczu z Legią – oto dlaczego Wenger powinien się rozejrzeć za bramkarzem. Przykład kolejny: Koscielny zniesiony na noszach po faulu Cole’a – choć ostatecznie wyszedł na drugą połowę, kibice Arsenalu, świadomi nieobecności w kadrze innych klasowych środkowych obrońców, musieli drżeć. Dalej: Chamakh, choć ostatecznie miał udział przy golu, wcześniej przegrał bodaj wszystkie pojedynki główkowe z obrońcami (witamy w Premiership…). Wilshere, rozgrywający w sumie niezły mecz, traci piłkę przed własnym polem karnym na rzecz Mascherano, z czego bierze się nieszczęście. A jeśli idzie o Liverpool: naprawdę świetny finisz Ngoga, kilka znakomitych wślizgów, dośrodkowań i przerzutów a la Xabi Alonso w wykonaniu Gerrarda, generalnie zaś: poprawiona organizacja gry, zwłaszcza w defensywie, gdzie imponowali Carragher, Agger i Skrtel (Johnsona chwalimy, jak zwykle, tylko kiedy atakuje). W ataku Roy Hodgson metodę miał prostą: wiadomo, że wysoko ustawiona defensywa Arsenalu prowokuje do grania piłek za plecy obrońców, więc Liverpool – ustawiony w naszym ulubionym mundialowym systemie 4-2-3-1 – próbował i próbował, i prawie mu się udało; kłopot w tym, że Ngog zbyt szybko startował do piłki.
W sumie nadzwyczaj udany weekend, na początek w kolorze mandarynkowym – czyli w barwach Blackpool. To nie był sen.
Dodaj komentarz