Tottenham wygrywa na Stamford Bridge: czy to jest nowy początek?

Najłatwiej byłoby powiedzieć, że taki mecz, występ, wynik wisiał w powietrzu od jakiegoś czasu. Że Tottenham pod De Zerbim w tym sezonie nieraz już przypominał drużynę, że nieraz imponował schematami rozgrywanych akcji, skutecznie pressował i udanie, szybko i bez zastanowienia mijał pressing rywala (no, tak szybko i bez zastanowienia jak na Stamford Bridge jednak tego nie robił…), że z łatwością utrzymywał się przy piłce, a z czasem nawet zaczął kreować sobie coraz lepsze sytuacje. Z drugiej strony jednak: ile razy słyszeliśmy z trenerskich i eksperckich ust podobne obserwacje, a wynik się nie zgadzał na tyle długo, że piłkarze i kibice przestawali wierzyć i spodziewane kliknięcie nigdy nie nadchodziło?

Już pierwsza połowa, jeszcze z Jamesem Maddisonem na boisku (jego drugi start w ciągu tygodnia, po ponad półtorarocznej przerwie, zakończył się w 51. minucie i kontuzja Anglika jest jedyną kiepską wiadomością z obozu Spurs, bo z nim w wyjściowej jedenastce Tottenham wygląda na drużynę nie tylko poukładaną przez trenera, ale też dodającą do tego poukładania nutę niezbędnego temu klubowi artyzmu), przyniosła absolutną dominację gości. Błyskawicznie zdławione próby szybkich ataków Chelsea, kontrola nad środkiem pola, gdzie Caicedo z Hendersonem, oprócz konfrontacji z Tonalim i Fernandesem, musieli jeszcze ścigać cień Maddisona albo powierzać to zadanie skołowanemu Lacroix, kilka szans – zwłaszcza ta Marmousha po akcji z łatwością wyprowadzonej od własnej bramki, z niemal od niechcenia miniętym pressingiem gospodarzy – i tych kilka problemów, sprawionych przez niecelne podania Kinsky’ego czy Fernandesa, które szczęśliwie obyły się bez konsekwencji.

Człowiek budzi się po zmianie czasu zadowolony, nasładza się lekturą poranej prasy, przypomina sobie. Świetne indywidualne występy, zwłaszcza długo odstawianego od składu Fernandesa, który na pozycji cofniętego rozgrywającego wyśrubował statystyki kontaktów z piłką, podań, podań celnych, podań na połowie przeciwnika i podań w ofensywną tercję, wejść w pole karne, a jak by tego było mało – jeszcze wślizgów. Obu skrzydłowych (ależ się należał ten cudowny gol Telowi, po solowej akcji, którą rozpoczął jeszcze na własnej połowie, po tylu trudnych momentach w klubie, choćby po tamtym odstawieniu przez Franka od składu na europejskie puchary, po tamtym karnym, sprokurowanym w meczu z Leeds, podczas tegorocznego boju o utrzymanie, a wreszcie po niedawnym publicznym ochrzanie od De Zerbiego po meczu z Evertonem). Tonalego. Obrońców, wprowadzających piłkę do gry, ale też kasujących próby ataków Chelsea (wślizgi Van de Vena w tej ulewie wyglądały szczególnie efektownie). Walecznego Gallaghera, który zmienił Maddisona, i ewidentnie świetnie się czuł, skonfrontowany z wrogością trybun.

To nie był tylko triumf taktyki (kibic Chelsea będzie się pewnie zastanawiać, czy na pewno miało sens, grać tak długo bez napastnika, i czy pomysł na obronę przy rzutach rożnych, polegający na opuszczeniu własnego pola karnego przez kilku szykujących się do kontry zawodników, był na pewno dobry). To nie był tylko efekt pracy na treningach. To była wygrana grupy ludzi, którzy mieli ochotę poświęcać się dla siebie i dla – świetnych skądinąd – kibiców. Którzy czuli, że mają przyzwolenie na wejścia w zwarcie z przeciwnikiem (derby w końcu!), ale którzy potrafili przy tym utrzymać nerwy na wodzy. Nie wiem, czy to efekt kilkudniowego wspólnego wyjazdu do Hiszpanii, pomiędzy meczami z MU i Coventry, który miał nadrobić to, czego nie udało się wypracować podczas letniego tournee po Azji, gdzie brakowało wielu uczestników mundialu i zawodników jeszcze niekupionych, czy drużynę skonsolidował punkt wywalczony w dziesiątkę na Old Trafford. Czy chodzi o powrót na boisko Maddisona i Kulusevskiego – zwłaszcza samotna walka tego drugiego, trwająca 526 dni od kontuzji do wejścia z ławki w Coventry, może służyć jako motywacyjny przykład. Czy Tonali znalazł się wreszcie w optymalnej fizycznej formie. Może zresztą nie ma sensu tego wszystkiego od siebie izolować, zwłaszcza że na razie to tylko pojedyncza wygrana.

Roberto De Zerbi nie jest mistrzem słowa, a już szczególnie gdy mówi po angielsku. Jego komunikaty są proste, a tym, który wybija się na pierwszy plan w zasadzie od początku pracy w Tottenhamie, jest konieczność zmiany panującej w klubie kultury i mentalności (mamy tu zresztą echo wypowiedzi Contego, który w niedawnym wywiadzie wspominał, jak to wściekły po którejś z porażek usłyszał od prezesa Levy’ego, żeby się nie przejmował, bo następnym razem na pewno się uda, i uświadomił sobie, że ryba psuje się od głowy). Mnóstwo w tej kwestii dokonało się za klubowymi kulisami: ośrodek treningowy, z siłownią na czele, zaczyna przypominać ośrodek treningowy właśnie, a nie luksusowy hotel, ale kluczowe zmiany muszą jednak zachodzić na boisku, pomiędzy piłkarzami. Wszystko fajnie, ale jeśli w przyszły weekend Tottenhamowi powinie się noga z Crystal Palace, nie na wiele – poza dzisiejszym porannym nasładzaniem fanów – się ta wygrana z Chelsea zda. Mam nadzieję, że po to np. sprowadzono do zespołu Andy’ego Robertsona, żeby uświadamiał młodszym kolegom prawdy tak elementarne.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *