Jedyne, co przychodzi mi do głowy w związku z wczorajszym incydentem na City of Manchester Stadium, kiedy wściekły Arsene Wenger odmówił podania ręki Markowi Hughesowi, to recykling dawnego felietonu dla „Gazety w Krakowie”. Pisałem wówczas o pewnej legendarnej już fotografii – legendarnej, bo znam ludzi, którzy noszą ją na t-shirtach, i takich, którym zdobi ścianę salonu (u sir Alexa Fergusona wisi w gabinecie), a w internecie co jakiś czas natrafiam na aukcję reprodukcji z autografami widniejących na niej piłkarzy.

42 lata temu w meczu Tottenham-Leeds szkocki pomocnik gospodarzy Dave Mackay, powracający właśnie do składu po dwóch złamaniach nogi, został sfaulowany przez Billy’ego Bremnera. Zdjęcie zrobiono chwilę później: Mackay zdążył już wstać, podejść do przeciwnika, rozkładającego szeroko ręce w geście niewinności, i złapać w garść jego koszulkę tak, iż można odnieść wrażenie, że Bremner za chwilę uniesie się w powietrze. Napięte mięśnie, piorunujący wzrok, zaciśnięta szczęka Mackaya mówią „Spróbuj to zrobić jeszcze raz, pętaku”. Właściwie fotografia przedstawia testosteron. Niestety.
Zastanawiam się, dlaczego w pięknej grze nie wystarcza nam samo piękno gry. Czemu traktujemy towarzyszące jej sceny przemocy, agresywne wymiany zdań, obraźliwe gesty itp. jako dodatkową atrakcję? W tamtym felietonie pisałem o finale Pucharu Ligi między Arsenalem a Chelsea, z lutego 2008 r., i scenach powtarzanych później przez telewizje całego świata bodaj chętniej niż gole z tego meczu. Czy fakt, że Mikel pociągnął Toure za koszulkę, zasługiwał na tak gwałtowną reakcję obrońcy Kanonierów? Czy Fabregas i Lampard musieli natychmiast zacząć się szarpać? Po co na murawę wbiegli obaj menedżerowie? Czy wystarczająco surową dyskwalifikację otrzymał Adebayor, który po czerwonej kartce zaczął znieważać sędziego i długo nie godził się na opuszczenie boiska? A Arsene Wenger, który po kilku dniach nazwał sędziego liniowego kłamcą? I czy to normalne, że w ciągu tamtego sezonu władze Chelsea czterokrotnie musiały tłumaczyć się przed Football Association z utraty kontroli nad zachowaniem piłkarzy na boisku? Jaki, do cholery, wszyscy oni dają przykład milionom mężczyzn na całym świecie?
Są, jak widać, chwile, kiedy piłka nożna mnie męczy. Jasne: nie sposób wyobrazić jej sobie bez ducha rywalizacji, woli walki i żądzy sukcesu, a presja wyniku zwiększa się wraz z płynącymi do futbolu pieniędzmi i/albo z serią niezbyt udanych meczów (przypadek zarówno Arsenalu, jak Manchesteru City). „Mówcie ile chcecie o kimś, kto pięknie przegrywa – tak czy inaczej przegrywa” – tłumaczył kiedyś Arsene Wenger. Tyle że ta gra opiera się właśnie na wygrywaniu i przegrywaniu, i trzeba wiedzieć, jak się zachować się w obu sytuacjach, a przede wszystkim kontrolować agresję – z myślą o sobie, o kolegach z boiska czy ławki trenerskiej, wreszcie o nas, kibicach.
Wiem oczywiście, że narzekanie na upadek obyczajów jest zajęciem jałowym. Robię to, bo regularnie na tym blogu daję wyraz swojego podziwu wobec Wengera: podoba mi się styl gry jego drużyny i towarzysząca mu filozofia, którą Francuz tak pięknie potrafi wykładać w rozmowach z dziennikarzami. Wiem też, że poczuł się urażony, bo w pierwszej połowie Mark Hughes wszedł na terytorium przed jego ławką. Ale cóż to właściwie ma tłumaczyć? Menedżerów obowiązuje pewien kodeks zachowania – Wenger przyznaje, że zlekceważył go świadomie („Wiem, że to kwestia zawodowej uprzejmości, ale może ja jej nie mam”), czym jeszcze pogorszył sprawę. Już wolę Harry’ego Redknappa, który dzień wcześniej nie przyszedł na konferencję prasową po porażce z Manchesterem United, bo – jak tłumaczył jego asystent Kevin Bond – obawiał się, że może powiedzieć coś, czego będzie potem żałował.
PS Podobnie rzecz widzi zaprzyjaźniony bloger-kibic Arsenalu. Są chwile, kiedy piłka mnie męczy, ale są też i takie, kiedy sprawia mi radość…
Dodaj komentarz