Pal licho to, że Barcelona nie odrobiła dziś strat i że próbując dogonić Juventus jej zawodnicy zachowywali się czasem nieładnie – np. nie przerwali gry i nie oddali piłki po tym, jak na boisku leżał Manżukić. Choć z zapartym tchem oglądałem mecz Monaco z Borussią, to właśnie Katalończyków chciałem pożegnać, bo to im, a właściwie ich trenerowi, zawdzięczam moment w tej edycji Ligi Mistrzów jak dotąd najpiękniejszy.
Zapominamy o tym albo widzimy to coraz rzadziej. W świecie doprowadzonej niemal do skrajności samokontroli, w świecie wystudiowanych cieszynek, które kopiują potem miliony dzieciaków (i wszystko im jedno, czy naśladują Pogbę, czy Ronaldo, czy – co po dzisiejszym koncercie w Monaco wydaje się przesądzone – Kyliana Mbappe), w świecie choreografii zsynchronizowanych gestów, które po strzeleniu gola wspólnie wykonują Kane, Alli czy Son z Tottenhamu, a wreszcie w świecie, gdzie trenerzy po strzeleniu gola usiłują zachowywać kamienny spokój, ewentualnie pozwalając sobie tylko na okazanie, jak bardzo im ulżyło, tamto zachowanie Luisa Enrique należało do przywracających wiarę w porządek rzeczy. Po zwycięstwie nad Paris Saint Germain trener Barcelony – trener, powtórzmy to jeszcze raz, który dopiero co oznajmił, że potrzebuje odpoczynku od piłki i zostawi drużynę po zaledwie trzech latach pracy – zapomniał kompletnie o tym, kim jest, gdzie jest, i ile kamer go obserwuje. Wpadł na boisko w dzikich podskokach, pędził w sposób nieskoordynowany w stronę piłkarzy i z powrotem, do ławki rezerwowych, gdzie ściskał się z asystentami, niepomny o stan swojej doskonałej garderoby ślizgał się kolanami po murawie. Owszem, dla wielu mogło to wyglądać zabawnie czy niepoważnie – mniej więcej tak, jak wyglądał przed laty dziki taniec Davida Pleata po tym, jak wygrywając na Maine Road utrzymał Luton w angielskiej ekstraklasie. Owszem, Jose Mourinho w podobnej sytuacji (radość zaiste była wielka, Inter wyeliminował Barcelonę z Ligi Mistrzów) pamiętał o tym, żeby nie wyjąć z kieszeni płaszcza dłoni, zabezpieczającej cenny telefon komórkowy. Owszem, dystans, opanowanie, spokój bywają pomocne w tej pracy. Z drugiej strony jednak, ponieważ czytam teraz sporo Cruyffa i o Cruyffie (efekty tych lektur wkrótce w „Tygodniku Powszechnym”), myślę sobie, że najważniejsze w niej jest dawanie ludziom radości. Nauczanie, że futbol jest radością, że powinien w pierwszym rzędzie dawać rozrywkę fanom, stanowiło przecież jeden z fundamentów Ewangelii Johana. Tamta radość Luisa Enrique, którego skądinąd ściągał do Barcelony tuż przed swoim niespodziewanym odejściem, była z pewnością zaraźliwa – jak widać nie tylko dla kibiców Barcelony.
O tym, że ćwierćfinały Ligi Mistrzów – jak co roku zresztą – dostarczyły nam jej co niemiara, przeczytacie w szczegółach gdzie indziej. Mecz Monaco z Borussią był fenomenalnym widowiskiem, do tej pory nie mogę złapać tchu.
Dodaj komentarz