„Prosimy nie drażnić rekina” – napis takiej albo podobnej treści można byłoby umieścić przy drzwiach szatni gospodarzy na stadionie Old Trafford. Widzę choćby po komentarzach umieszczonych na tym blogu w ciągu ostatnich kilku godzin, że mecz MU-Tottenham naprawdę Was poruszył – nie tylko kibiców obu drużyn, co jasne, i fanów Liverpoolu, co zrozumiałe, ale również tzw. niezaangażowanych. Układa się to przecież w fantastyczny schemat narracyjny: najpierw wydaje się, że będzie supersensacja, bo kopciuszek pobije mistrza, później mistrz w wielkim stylu odrabia straty, a pośrodku jest zmieniająca wszystko decyzja sędziego.
Powiem od razu: nauczony wieloletnim doświadczeniem ani przez moment nie wierzyłem w zwycięstwo Tottenhamu. Owszem, z przyjemnością patrzyłem, jak w ciągu długich fragmentów pierwszej połowy wybijali drugą linię MU z uderzenia i jak nie wpuszczali napastników w pole karne, ale – to pierwsza z gruntu banalnych prawd, które przyszły mi do głowy po tym spotkaniu – 90 minut to cholernie dużo czasu. Przeciwko drużynie tej klasy i tej mentalności nawet Liverpool nie osiągnąłby pewnie tak dobrego wyniku, gdyby nie czerwona kartka dla Vidicia. A cóż dopiero Tottenham, który przed ośmioma laty zdołał roztrwonić jeszcze większą przewagę – prowadząc do przerwy 3:0, uległ 3:5…
Banalna prawda numer dwa: w piłce nożnej strasznie dużo zależy od głów. Jak tylko Cristiano Ronaldo wykorzystał karnego, oglądaliśmy zupełnie inny Manchester (choć kluczowa zmiana – Tevez za Naniego i Rooney przesunięty na lewe skrzydło – dokonała się już wcześniej), i zupełnie inny Tottenham: zgraja wygłodniałych wilków przeciw zbitym w garstkę owieczkom. Kwestii, jak bardzo Howard Webb skrzywdził gości dyktując jedenastkę, nie zamierzam jednak podejmować: nawet jeśli skrzywdził, to przecież nie był to powód, żeby załamać ręce i popełnić szereg prostych błędów przy kolejnych bramkach. Banalna prawda numer trzy: nie oglądaj się na sędziego, kibiców, dziennikarzy, na boisku zależysz tylko od siebie.
W tym sensie futbol nie jest okrutny. Futbol jest racjonalny, przewidywalny i obliczalny. W futbolu wygrywają lepsi. A o zwycięstwie lepszych przesądzają nie okoliczności zewnętrzne, jak pomyłka sędziego, ale trafne decyzje menedżera, podejmowane kiedy nic nie jest jeszcze przesądzone. Zamienia Aaron Lennon (wspierany jeszcze przez Vedrana Corlukę) popołudnie Patrice’a Evry w piekło? Proszę bardzo: dołóżmy Francuzowi do pomocy Wayne’a Rooneya, który poświęci się dla drużyny, harując pod obiema bramkami, a zarazem stworzy wolną przestrzeń na boisku dla pozostałych trzech przedstawicieli najlepszego kwartetu ofensywnego świata: Ronaldo, Teveza i Berbatowa. Ale, ale: czy tylko ja odniosłem wrażenie, że Bułgar rozegrał tym razem całkiem dobry mecz?
PS Kwestia nieobecności w kadrze MU Ryana Giggsa powinna wyjaśnić się w ciągu kilku godzin. To w ten weekend, jeśli się nie mylę, ma się obdyć gala związana z wyboren Piłkarza roku.
Dodaj komentarz