1. Nikt tak nie potrafił w tym sezonie popsuć zabawy, jak West Ham. Mówię, rzecz jasna, nie o kibicach tej drużyny i o ich wczorajszych haniebnych wybrykach przed stadionem. Mówię o piłkarzach. O tym, co zrobili nie tylko Manchesterowi United na pożegnanie Upton Park, ale także w marcu Tottenhamowi (to wtedy nadzieje na dogonienie Leicester zaczęły się nad White Hart Lane rozwiewać) albo Liverpoolowi w styczniu i w lutym (w tym drugim przypadku – w Pucharze Anglii). O tych wszystkich thrillerach z ich udziałem, w zremisowanych meczach z Leicester czy zwłaszcza z Arsenalem, któremu Andy Carroll strzelił trzy bramki. O wojowniczym charakterze Slavena Bilicia, który udzielił się tej drużynie. O klasie Payeta i Lanziniego, przywódczych kompetencjach Noble’a i Reida itd., itp. Wczoraj, ale nie tylko wczoraj, widać było, że im zależy – i że to „zależy” nie działa w sposób paraliżujący. (więcej…)
Autor: Michał Okoński
-
„Moja głupia miłość do Leicester”
Obejrzawszy męczarnie Tottenhamu, a potem pojedynek Manchesteru City z Arsenalem, mam już ochotę pisać wyłącznie o Leicester. W istocie zresztą piszę wyłącznie o Leicester, a to do jednej gazety, a to do drugiego miesięcznika – szczęśliwie mimo setek zdań i dziesiątek akapitów ta historia wciąż nie przestaje wydawać mi się inspirująca. Nagle, ni stąd, ni zowąd natrafiam bowiem na fiszkę z informacją, że Louis van Gaal przez dwa lata pracy w Manchesterze wydał na piłkarzy więcej niż Leicester w ciągu całej 132-letniej historii klubu. Potem przeglądam wyjaśnienia naukowe lub quasi-naukowe sukcesu (w jednym z nich niemałą rolę przypisuje się… sokowi z buraka, którym Ranieri poił piłkarzy po treningach). Kiedy mam dość wyjaśnień naukowych, czytam rozmowę z 96-letnią matką włoskiego trenera (w feralny dla kibica Tottenhamu poniedziałek, kiedy piłkarze Mauricio Pochettino trwonili dwubramkowe prowadzenie na Stamford Bridge, podawała synowi na obiad steka z cykorią, a na deser truskawki z cytryną) albo wywiad z Andreą Bocellim, który uświetnił wczorajszą uroczystość koronacyjną na King Stadium śpiewając „Nessun Dorma”, a który tłumaczył wcześniej, dlaczego w ciągu ostatnich miesięcy Leicester stało się drużyną drugiego, o ile nie pierwszego wyboru kibiców z całego świata: że to nadzwyczajny przypadek futbolu w czystej postaci, kiedy mały zespół staje się wielki dzięki sile zbiorowego ducha. „Najważniejsza życiowa lekcja – chcieć to móc”, powiada niewidomy tenor (po włosku brzmi to znacznie lepiej: volere è potere). Kiedy zaś mam dość romantyzmu, zaglądam do „Economista”, którego dziennikarze jak zawsze próbują studzić nastroje („Underdogs are overrated”, pyszny tytuł), a w końcu natrafiam w „Guardianie” na esej Juliana Barnesa i widzę, że potrzeba było autora „Papugi Flauberta”, żeby ogarnąć wszystko. (więcej…)
-
Ludzie Leicester
Co było do wygrania: Swansea na wakacjach, w zasadzie nie podjęła walki, Leicester więc na trzy kolejki przed końcem jest już tylko o krok. Po remisie Tottenhamu z WBA (WBA Tony’ego Pulisa nigdy nie jest na wakacjach…), przed następną kolejką różnica wynosi siedem punktów. Jeśli walczący o Ligę Mistrzów Manchester United zdoła pokonać Lisy na Old Trafford, a Tottenham wygra z Chelsea (w co zresztą nie wierzę) – różnica zmaleje do czterech punktów na dwie kolejki przed końcem. Później jednak Leicester wygra z Evertonem i to by było na tyle.
Owszem: jestem zdania, że najlepszą piłkę w Anglii grał w ostatnich tygodniach Tottenham i że to za drużyną Pochettino świadczyły wszystkie (oczywiście poza kluczową, tą z liczbą punktów…) statystyki. Że sukces Leicester – z całą pewnością jednorazowy, co w przypadku Kogutów wcale nie jest pewne, bo drużyna wydaje się budowana na lata – jest wypadkową wielu czynników, z których niemałym jest wielomiesięczne lekceważenie ze strony kolejnych rywali, a także reaktywny styl gry, czyhanie na błąd, możliwość zagrania długiej piłki i okazję do kontry z wykorzystaniem szybkich Vardy’ego i Mahreza. Że może najważniejszym momentem sezonu dla tej drużyny było wygranie meczu z Aston Villą, jeszcze we wrześniu 2015, mimo iż na 20 minut przed końcem goście prowadzili 0:2 (ech, gdzie byłaby dziś drużyna z Birmingham i czy nie prowadziłby jej wciąż Tim Sherwood, gdyby wówczas udało się wygrać?). Że na podobnej zasadzie można traktować wcześniejszy o kilkanaście dni mecz z Tottenhamem, podczas którego londyńczycy zagapili się po golu Dele Alliego i niemal natychmiast dali sobie odebrać ciężko wywalczone prowadzenie. Że w wyścigu o mistrzostwo sprzyjało Leicester to, że nie zawracało sobie głowy udziałem w europejskich pucharach, a i z krajowych odpadło w miarę szybko. Że w związku z tym Claudio Ranieri – inaczej niż przed laty w Chelsea – nie musiał przesadnie kombinować ze składem, opierając się na wąskiej grupie zawodników, z której podstawowa jedenastka szybko stała się oczywistością i której – co równie ważne – dopisywało zdrowie.
-
Mój piłkarz roku
Nominacje dla Kane’a (kandydat na piłkarza roku i młodego piłkarza roku) i Alliego (młody piłkarz roku), wyróżnienia (Alderweireld pewniakiem do jedenastki roku, tak samo zresztą jak tamta dwójka) i tytuły (Kane idzie na króla strzelców), powszechne zachwyty, lawina komplementów od tych, którzy – jak Jamie Carragher – zawsze byli sceptyczni. Bajeczne statystyki: najwięcej goli strzelonych, najmniej straconych, najwięcej wykreowanych okazji i strzałów, najwięcej bramek ze stałych fragmentów gry, itp., itd. Czas się zacząć przyzwyczajać: mistrz czy nie mistrz, to i tak jest najlepszy sezon Tottenhamu od czasu tego, w którym zacząłem mu kibicować, czyli 1986/87, kiedy skończyliśmy na trzecim miejscu i przegraliśmy finał Pucharu Anglii przez słynne kolano Mabbutta.
Tfu, na psa urok: nie powinienem używać słowa „przegraliśmy”. Wpadłem zresztą na chwilkę, bez zamiaru czynienia jakichś wielkich analiz, tylko po to, żeby jeszcze raz zwrócić uwagę na piłkarza, którego lawina wyróżnień ominie, a który jak mało kto może być symbolem tej drużyny. Na Erika Lamelę. (więcej…)
-
Najbardziej niebezpieczny wynik
Ja naprawdę świetnie wiem, co to znaczy. Najdalszy jestem od nabijania się. „Najbardziej niebezpieczny wynik to dwubramkowe prowadzenie”, powtarzam, nauczony wieloletnim doświadczeniem, w którym były także wypuszczane prowadzenia trzybramkowe, i to do przerwy (z Manchesterem United, w 2001 roku, skończyło się 3:5, z Manchesterem City trzy lata później – 3:4). Oczywiście kibice Kanonierów też mogli się przyzwyczaić: w 2011 na przykład prowadzili z Newcastle już 4:0, i to aż do 68. minuty, by dać sobie odebrać zwycięstwo; z Anderlechtem w 2014 po godzinie gry było 3:0, a skończyło się 3:3. Z Tottenhamem, w 2010, było 2:0 na Emirates do 50. minuty – skończyło się 2:3. Naprawdę może wejść w nawyk. Gole tracone do szatni, bezsensowne kartki, podarowane rywalom karne, bramki samobójcze, ekscentryczna rywalizacja z sąsiadem na roztrwonienie przewagi – klasyczne przejawy wirusa północnolondyńskiego. (więcej…)
-
Sułtani pressingu
Klasyk obejrzeliśmy dopiero wieczorem, kiedy Real ogrywał na Camp Nou Barcelonę – ogrywał faworyta, ogrywał w dziesiątkę, ogrywał psując niezapomniany wieczór pamięci Johana Cruyffa i ogrywał po strzelonym w końcówce golu niewidocznego wcześniej swojego największego gwiazdora. Thriller widzieliśmy z kolei po południu, kiedy Norwich biło się z Newcastle – sytuacja zmieniała się jak w przysłowiowym kalejdoskopie, były emocje, gole, niespodziewane zwroty, odrabiane straty, dramat drużyny walczącej o utrzymanie i euforia drużyny broniącej się przed spadkiem. Pomiędzy nimi, na Anfield Road, nie było ani thrillera, ani klasyku, choć momenty, w których kibice mogli zjeść kanapkę, zerknąć na Twittera albo strzelić sobie selfie z wyrzucającym aut piłkarzem, należały do rzadkości. Nie było tu mowy o cierpliwym tkaniu kolejnych akcji, budowaniu od obrony, dłuższej wymianie podań w środku pola. Podobnie jak w październiku, kiedy Klopp debiutował w Premier League podczas meczu na White Hart Lane, tylko jeszcze intensywniej, Dier i Dembele, Henderson i Can, Eriksen i Alli, Lallana i Sturridge rzucali się do pressingu. Wiele strat na własnej połowie – Walkera i Sakho przede wszystkim – było efektem uporczywej walki o odbiór. Po jednej z takich strat – i świetnym podaniu Coutinho – najlepszą w pierwszej połowie okazję do strzelenia bramki miał Sturridge. (więcej…)
-
Leicester, idziemy po was
Kto nie był na warszawskim spotkaniu „Kopalni”, niech żałuje (a kto nie przeczytał jeszcze trzeciego numeru tejże, niech żałuje jeszcze bardziej – po lekturze dziewiętnastu numerów „Blizzarda”, kilkudziesięciu „When Saturday Comes” i dziesiątków egzemplarzy paru innych periodyków, z całą odpowiedzialnością muszę powiedzieć: pismo, które redagują panowie Żelazny, Wawrzynowski i Szadkowski, nie ustępuje najlepszym w branży). Dla mnie wyjazd do Warszawy był frajdą z mnóstwa powodów: poznałem wreszcie Mirosława Żukowskiego, i z Rafałem Rostkowskim mogłem zamienić parę zdań, i frazę Łukasza Hassliebe skomplementowałem, i dowiedziałem się o istnieniu demokratycznego Alternatywnego Klubu Sportowego Zły, i nawet podpisałem kilka egzemplarzy książki, co kolejny raz uświadomiło mi, że czas na następną – nade wszystko jednak wszyscy, ale to dosłownie wszyscy, z którymi poruszyłem ten temat, wbijali mi do głowy, że Tottenham nie pęknie i że najwyższy czas, żebym przyjął to do wiadomości. (więcej…)
-
Coniedzielne strachy
„W tym sezonie Arsenal zaprzepaścił wszystkie szanse na tytuł mistrzowski przed listopadem, nieco później niż zwykle” – jedno z nieśmiertelnych zdań Nicka Hornby’ego przypomniało mi się, kiedy w sobotni wieczór trafiłem w sieci na zdjęcie mające przedstawiać… nagrobek sezonu Chelsea. Kilka dni wcześniej wyeliminowani z Ligi Mistrzów – choć przecież w pierwszym meczu z PSG zdołali strzelić bramkę i przegrali tylko 2:1, u siebie ulegli dokładnie tak samo, a w związku z tym runęły nadzieje na powrót do tych rozgrywek w przyszłym sezonie dzięki wygraniu rozgrywek bieżących. Teraz odpadli z Pucharu Anglii, ograni przez Everton – a żeby bolało bardziej, pogrążył ich piłkarz, którego temuż Evertonowi oddali, Romelu Lukaku. Wielu napastników przewinęło się od chwili tamtego transferu przez Stamford Bridge – ale żaden, poza Diego Costą rzecz jasna, nie okazał się skuteczniejszy. A Costa przecież, jak widzimy, dramatycznie potrzebuje zmiennika – być może także na czas dyskwalifikacji, jeśli okaże się, iż władze ligi nie dadzą wiary zapewnieniom Garetha Barry’ego, że żadnego gryzienia na boisku nie było. Wspominam w każdym razie Lukaku, bo Belg może być symbolem krótkowzroczności panującej w ostatnich latach w Chelsea. Wylali Mourinho, odchodzi ostatni z liderów – Terry, i przy kryzysie Hazarda drużyna sprzeciętniała – nawet pamiętając, że Fabregas i Costa zaczęli pod Guusem Hiddinkiem grać lepiej.
Jest wielkim pytaniem, czy sezon Arsenalu się nie skończył również, skoro na odrobienie dwubramkowej straty w Barcelonie szans raczej nie ma, a zwycięstwo Watfordu na Emirates pozbawiło Kanonierów (których dzisiaj reprezentowali wszak i Sanchez, i Ozil – Wenger bynajmniej tego meczu nie odpuszczał) nadziei na zdobycie Pucharu Anglii. Ach tak, oczywiście, awans do Ligi Mistrzów wywalczą jak zwykle, tylko co z tą okazją na mistrzostwo kraju, skoro strata do Leicester wynosi osiem punktów i skoro w meczu z Watfordem, w serii siedmiu spotkań w ciągu 23 dni, naprawdę wyglądali na mających dużo mniej energii od rywala? O Manchesterze City, tylko remisującym z Norwich, bezpieczniej będzie w tym kontekście nie wspominać. (więcej…)
-
Koncerty dortmundzkie
Tak, wiem. Przeczytacie jutro, albo już przeczytaliście, teksty obwieszczające nadejście kryzysu w Tottenhamie – zmiażdżonym, ogranym, momentami ośmieszonym przez Borussię, a wcześniej przegrywającym z West Hamem i „tylko remisującym” z Arsenalem. Przeczytacie lub już przeczytaliście krytyki Mauricio Pochettino – za to, że w meczu z rywalem tej rangi wystawił praktycznie rezerwowy skład, przynajmniej, by tak rzec, od pasa w górę, bo do zestawienia defensywy zastrzeżeń mieć nie było można. Tom Carroll i Ryan Mason, z których żaden nie jest i nigdy nie był defensywnym pomocnikiem (Mason to „ósemka”, Carroll najlepiej czuje się jako „dziesiątka”) ustawieni naprzeciwko graczy tak ruchliwych, tak kreatywnych i tak się rozumiejących jak Reus czy Mchitarjan, to zapowiadało katastrofę. Tylko – i to jest jedno z dwóch najważniejszych na dziś pytań – czy gdyby to byli Dier, Dele Alli czy Dembele – mecz mógłby się zakończyć inaczej? Czy gdyby Pochettino nie „wywiesił białej flagi” (już natrafiłem na tę frazę, a przecież tylko pobieżnie rzucałem okiem na Twittera) samym wyborem składu, nieunikniona porażka nie okazałaby się boleśniejsza? (więcej…)