Powrót Rasiaka

Muzyka ma taką moc: usłyszany nagle kawałek sprzed 20 czy 30 lat (no, w moim przypadku raczej 30 czy 40…) jest w stanie cofnąć cię w czasie i sprawić, że choć na jeden moment znowu jesteś tamtym dzieciakim u progu wszystkiego. Z filmem bywa podobnie, weźcie np. „Cinema Paradiso”. I z literaturą, kiedy wracasz do lektur dzieciństwa.

Rzecz w tym, że z futbolem jest dokładnie tak samo – i teoretycznie nie ma w tym nic zaskakującego. Nostalgia to uczucie, które popkultura od lat monetyzuje bardzo świadomie, trudno się dziwić, że i w świecie piłki zapanowała moda na koszulki retro, mecze dawnych gwiazd czy reklamy z ich udziałem. To wszystko rzeczy znane, napisałem o nich zresztą do mundialowego numeru „Kopalni”, który właśnie idzie do druku. Ale dzisiaj… dzisiaj po raz pierwszy w życiu spotkałem Grzegorza Rasiaka.

Nie wiem, czy umiem wytłumaczyć ten poryw emocji. Kiedy został piłkarzem Tottenhamu, przyjmowałem tamten transfer jako złośliwość losu: oto moje intymne hobby zaczął podzielać cały naród, prasa pełna była narzekań na trenera, który nie chce wystawiać „naszego”, a z rzadka napotykani Anglicy byli przekonani, że kibicuję tej drużynie od niedawna, i to wyłącznie z przyczyn patriotycznych. Na prawdziwego Grzegorza Rasiaka nie było w tym wszystkim miejsca, nawet jeśli i ja zastanawiałem się nieraz, co by było, gdyby w debiucie z Liverpoolem zaliczono mu gola (piłka po dośrodkowaniu Carricka z rzutu rożnego minimalnie wyszła za linię końcową, zanim skierował ją do bramki; w innej sytuacji z tego meczu trafił w poprzeczkę).

A może to zresztą nie było cofnięcie się w czasie, tylko doświadczenie jego względności? Może wciąż tam jesteśmy: on w autobusie jadącym na mecz u boku Edgara Davidsa, o którym trochę mi dziś opowiadał, ja w pubie, gdzieś w podziemiach krakowskiego Rynku, wydzierający się do telewizora po tamtym dośrodkowaniu Carricka?

Mecz, który dziś oglądaliśmy w studiu TVP Sport – finał Pucharu Anglii między Manchesterem City a Chelsea – nie był, jak to się mówi, arcydziełem. Ale nigdy go nie zapomnę. Jestem cholernym szczęściarzem, że takie rzeczy mi się zdarzają. Grzegorz, dziękuję za ten powrót-niepowrót.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *