Stać mnie jedynie na kilka chaotycznych myśli, z których pierwsza jest taka, że wizualizowałbym sobie perspektywę utrzymania Tottenhamu w Premier League z większym spokojem, gdyby jednak Liverpool na Anfield załadował tej drużynie kilka bramek, Igor Tudor straciłby pracę i w arcyważnym meczu o wszystko z Nottingham Forest poprowadził ją jakiś inny szkoleniowiec; mocno się obawiam, że kiedy przyjdzie grać u siebie i dyktować warunki drużynie Vitora Pereiry zadanie okaże się dla Chorwata zbyt trudne, a potem na ratunek zabraknie czasu.
Myśl druga: to Liverpool podarował Tottenhamowi ten punkt. Stopień, w którym gospodarze – w związku ze środowym meczem Ligi Mistrzów wystawiający skład bardziej jak na Carabao Cup niż na Premier League – nie przykładali się do gry, był zaiste niebywały. Mieli w końcu naprzeciwko siebie najgorszą drużynę w lidze (fakt, nie opinia – każdy z rywali w walce o utrzymanie zdobył w tym roku więcej punktów), drużynę zamroczoną serią potężnych ciosów zbieranych na boisku i poza nim (te kontrowersje ze zmianą bramkarza w meczu z Atletico, te próby przerzucenia odpowiedzialności za stan klubu przez nowych właścicieli na Daniela Levy’ego, te spekulacje o przyszłości tymczasowego trenera…), a przede wszystkim drużynę osłabioną brakiem trzynastu zawodników, wśród których są kapitanowie, liderzy, podpory i gwiazdy (wyliczmy dla porządku: Romero, Palhninha, Van de Ven, Bissouma, Udogie, Bergvall, Davies, Kudus, Bentancur, Kulusevski, Maddison, Odobert i Gallagher – i dla porównania wyobraźmy sobie Liverpool bez Van Dijka, Endo, Konate, Bajceticia, Kerkeza, Jonesa, Robertsona, Salaha, MacAllistera, Gakpo, Szoboslaia, Ngumohy i Gravenbercha JEDNOCZEŚNIE; dziś Tudor miał do dyspozycji DWUNASTU zdolnych do gry zawodników z pola plus trzech bramkarzy i trzech juniorów).
Drużynę, której ten tymczasowy szkoleniowiec w każdym kolejnym spotkaniu aplikuje nowe ustawienia i taktykę – i która dzisiejszego 4-4-2 nie wypróbowała na treningach ani razu, bo w tygodniu ćwiczono wariant z Gallagherem, który ostatecznie nie nadawał się do gry, więc na prawym skrzydle wystąpił nominalny lewy obrońca, dziewiętnastoletni, wchodzący dopiero do tej ligi Brazylijczyk Souza. Drużynę, którą – wydawało się – zaczęli już rzucać na deski, po tym, jak Vicario przepuścił strzał z rzutu wolnego Szoboslaia.
Tyle razy młody Ngumoha wkręcał Porro w ziemię, tyle razy Vicario wykopywał piłkę pod nogi gospodarzy, tyle razy biły widzów po oczach techniczne ograniczenia Dragusina. Tyle razy biła po oczach niezdolność piłkarzy Spurs do przeprowadzenia piłki przez środek boiska. Tyle razy w drugiej połowie Liverpool przerywał jakiś niemrawy atak i miał przed sobą trzech-czterech z trudem wracających na własną połowę obrońców, a za ich plecami mnóstwo miejsca. Tyle razy wydawało się, że Gakpo czy Salah zamkną wreszcie ten mecz…
Nic takiego się nie wydarzyło. Aktualni wciąż mistrzowie Anglii dopuszczali tych permanentnych ostatnio przegrywów do kolejnych okazji, z każdą minutą pozwalając im wierzyć bardziej i bardziej. Zostawmy na boku jakość gry Tottenhamu – o tej trudno powiedzieć cokolwiek dobrego od tygodni. To była kwestia nie jakości, tylko wiary – zwłaszcza Richarlisona, który skończył ten mecz z największą liczbą wygranych pojedynków, wślizgów, strzałów (w tym strzałów celnych) i kontaktów w polu karnym rywala. Wiary, że się uda, jeśli porządnie zrobi się rzeczy, które należą do piłkarskiego elementarza: wygra się pojedynek, szybciej doskoczy do bezpańskiej piłki, zablokuje strzał.
Oto, dlaczego na miejsce w pierwszym składzie nie może u Tudora liczyć Xavi Simons, a i Kolo Muani rozpoczyna mecze z ławki. Ta drużyna nie potrzebuje teraz efektownych sztuczek, cieszących oko kibica popisów, tylko takiej właśnie waleczności, jaką pokazywali Richarlison czy Tel. W sumie szkoda, że po tym wyrównującym golu nie poszli jeszcze za ciosem…,
Jakkolwiek to zabrzmi w perspektywie zbliżającego się spotkania fazy pucharowej Ligi Mistrzów, za tydzień przed Tottenhamem najważniejszy mecz od czasu majowego finału Ligi Europy. Bój o trzy, co ja mówię, sześć punktów. Doprawdy, nisko upadliśmy, a możemy jeszcze niżej.