Tag: Palhinha

  • Jak dostaliśmy nasz klub z powrotem

    „To byłaby naprawdę świetna historia, futbol takie lubi”, powtarzałem przez kilka ubiegłych miesięcy, układając sobie w głowie opowieść o dziewiątym najbogatszym klubie świata, który w przeciągu zaledwie roku wygrał Ligę Europy, w meczu o Superpuchar Europy był bardzo blisko pokonania najlepszej drużyny kontynentu, zaczął sezon świetnie, a z upływem kolejnych kolejek pogrążał się do tego stopnia, że… 

    No właśnie, to miała być opowieść o spadku Tottenhamu z Premier League, o katastrofie niemającej precedensu w dziejach tej ligi, o sensacji na miarę bodaj jedynie mistrzostwa wywalczonego przez Leicester. Nie twierdzę, że nie czuję ulgi w związku z faktem, iż ostatecznie do tego nie doszło, ale przyznaję: znajdowałem przez cały ten czas jakiś rodzaj pociechy w myśleniu, że przynajmniej sobie tę historię zamienię w literaturę. Że spiszę kronikę katastrofy nad katastrofami. Że opowiem, jak Levy zwolnił Postecoglou, jak Lewisowie zwolnili Levy’ego, jak Venkatesham z Langem nie zwolnili w porę Franka i jak pobłądzili z zatrudnieniem Tudora; jak po drodze trzebiona kontuzjami drużyna oduczała się gry w piłkę, jak w zimowym okienku padł sławetny cytat, iż wzmocnienia są niepotrzebne, bo zawodnicy wracają do zdrowia, jak wydawało się, że decyzja o zatrudnieniu Roberto de Zerbiego nie zdoła już odwrócić fatalnego trendu…

    To byłaby naprawdę świetna historia, futbol takie lubi, ale i dziś dostaliśmy kilka całkiem niezłych. Pierwsza o Joao Palhinhi, człowieku, który – oprócz tego, że zdobywał w tym sezonie bramki piękne (pamiętacie przewrotki z Doncaster Rovers w Carabao Cup i z Bournemouth w lidze?), to zdobywał bramki najważniejsze, najpierw w końcówce wyjazdowego meczu z Wolverhampton, zaledwie miesiąc temu, a potem dzisiaj. Żaden z tych goli nie mógł się urodą równać z tamtymi, ale na obecnym etapie sezonu nie o urodę chodziło, a o charakter, wolę walki i zdolność do wzięcia odpowiedzialności.

    Dla mnie Palhinha jest piłkarzem sezonu – i to utrzymanie ostatecznie będzie miało jego oblicze. Niech was bowiem nie zmylą owe przewrotki: Portugalczyk nie poderwie tłumów cudownym dryblingiem ani bajeczną asystą, w rozegraniu wizjonerstwem nie zachwyci, ale swoimi wślizgami, odbiorami, blokami, podnosił drużynę w ciągu tych ostatnich tygodni niejeden raz. Po przyjściu De Zerbiego nie był graczem pierwszego składu, wydawało się, że inny profil pomocnika jest tu potrzebny, ale wszystkie techniczne braki zrekompensował wielkim sercem. Jeśli dobrze dostrzegłem w jego oczach łzy po strzelonym golu – niech stanowią potwierdzenie tezy, że futbol lubi takie historie. A wykupienie z Bayernu za dwadzieścia parę milionów zawodnika, który pozwolił klubowi zaoszczędzić milionów dwieście, wydaje się oczywistością.

    Kolejna historia, którą lubi futbol, to oczywiście wielki comeback Antonio Kinsky’ego. Zmieniony przez Tudora po kwadransie madryckiego horroru Czech odbudował się u De Zerbiego w sposób niebywały. Jego interwencje z Wolves (rzut wolny w końcówce), z Leeds (fenomenalna parada, również w końcówce) i wreszcie dziś z Evertonem (w końcówce, a jakże) były łącznie na wagę pięciu punktów; oczywiście nowy trener uszczelnił defensywę na tyle, że bramkarz rzadko bywał zatrudniany – chyba, że do rozgrywania, w czym skądinąd lepszy jest od Vicario – ale kiedy już bywał, wykonywał obrony klasy światowej. A trener, który wyznał dziś, że rozważał zrobienie na swój pierwszy mecz (z Sunderlandem) Kinsky’ego kapitanem, pokazał, jak wielką rolę w tym fachu mają rzeczy, których żadne modele statystyczne nie ujmą. „Chciałem pokazać coś, co jest bardzo ważne i w piłce, i w życiu: jeśli jesteśmy drużyną, jesteśmy jak rodzina – mówił dziś De Zerbi o tamtej idei. – Jeśli jeden z nas przechodzi przez trudny okres, musimy go wspierać”. 

    W tej kwestii nie ma żadnych wątpliwości: ostatecznie Tottenham uratował przed spadkiem Roberto de Zerbi. Człowiek, który wszedł do kompletnie rozbitej psychicznie i niepamiętającej smaku zwycięstwa szatni – i który mimo, iż stracił w kilku pierwszych tygodniach pracy kontuzjowanych Romero, Kudusa, Simonsa i Solanke, zdołał ją psychicznie podnieść. Od pierwszej konferencji prasowej zarażał wszystkich optymizmem, opowiadał dziennikarzom o swojej roli psychologa, który pokazuje piłkarzom stare mecze z ich udziałem, by przypomnieć im, jacy potrafią być dobrzy, który odbywa z nimi mnóstwo rozmów w cztery oczy, który zaprasza ich na integracyjne kolacje, który ucina w rozmowach z mediami wszelkie próby użalania się na los. Który, dodajmy jednak w kontekście Kinsky’ego, trafia także z nieoczywistymi decyzjami: Włoch mówił od początku, że jego pierwszym bramkarzem jest Vicario, ale dał bronić Czechowi do końca.

    I jest jeszcze coś: atmosfera na stadionie, tak toksyczna za poprzedników, była podczas meczów Tottenhamu prowadzonego przez De Zerbiego fantastyczna. Dziś, podobnie jak przed spotkaniem z Leeds, autobus z piłkarzami jechał ulicami północnego Londynu wśród wiwatujących tłumów, jakby o paradę z okazji mistrzostwa czy pucharu chodziło, a nie o wsparcie drużyny broniącej się przed spadkiem. Doprawdy trudno uwierzyć, patrząc na połączenie piłkarzy z kibicami zarówno podczas dzisiejszego meczu i po nim, że zakończył się właśnie najgorszy sezon tego klubu od pięciu dekad.

    To też w zasadzie jest świetna historia, futbol takie lubi. W Tottenhamie znów (pytanie jak długo, znając gorący charakter Roberto de Zerbiego i jego zdolność do wchodzenia w zwarcie z przełożonymi) pracuje szkoleniowiec, który stylem gry pasuje do tego klubu. Świetny taktyk, kapitalny trener (co się nasłuchaliśmy od piłkarzy komplementów na temat jego zajęć!), ale też ktoś, kto ma nosa i rękę do ludzi, kto potrafi przemówić do ich serc. Dostaliśmy nasz klub z powrotem. Lepiej późno niż wcale.

    PS No dobra, to utrzymanie, te ostatnie tygodnie zrywu pod De Zerbim miały również twarz Bentancura. Wrócił po kontuzji w samą porę, z miejsca wskoczył do pierwszego składu i został w nim na dobre. Tak irytujący pod Frankiem spowalnianiem gry, podaniami w poprzek i do tyłu, tutaj dał spokój w wyprowadzaniu piłki pod presją i kontrolę w środku pola, słowem: klasę, której tak bardzo tu ostatnio brakowało.

  • Co krzesze Thomas Frank

    „Z wzajemnością, drogi Tomku, z wzajemnością”. Tak pewnie pomyślał niejeden z kibiców Tottenhamu oglądając pomeczowy wywiad Thomasa Franka w BBC, podczas którego duński trener wyznał, że zaczyna zakochiwać się w swoim nowym klubie. Co do mnie jednak, dużo bardziej interesująca wydała mi się jego pomeczowa wypowiedź dla klubowej telewizji, a właściwie ten jej fragment, w którym opowiedział o akcji mogącej – z jego perspektywy przynajmniej – zdefiniować cały rozpoczęty dopiero co sezon. Była mniej więcej osiemdziesiąta minuta meczu, trwała faza przejściowa, w której Manchester City szturmował na bramkę Vicario, za chwilę Micky van de Ven miał rzucić się na ziemię, by zablokować strzał rywala – ale tym, co spodobało się Frankowi, był widok jego dziesięciu podopiecznych wracających sprintem w kierunku własnej bramki. „Miałem ciary – mówił. – Jasne, że to dopiero początek rozgrywek, jasne, że wszyscy uwielbiamy piękną grę i strzały w okienko – i o nie też będzie chodziło, ale ten powrót… Wow… Czuję, że w ten sposób wygramy wiele meczów”.

    Znowu ten Jonhson

    No i właściwie tych parę zdań mogłoby wystarczyć za całe podsumowanie wyjazdowego zwycięstwa Tottenhamu nad Manchesterem City. Nawet jeśli z pewnego oddalenia mogło się ono wydawać rutynowe, bo nawet Tottenhamowi w kryzysie przeciwko temu rywalowi grało się zwykle dobrze, to przecież w nowym sezonie, pod nowym szkoleniowcem historia tej rywalizacji pisze się właściwie od nowa.

    Przepis Franka na wygrywanie z City Guardioli różni się zresztą istotnie od przepisu Postecoglou, o panach Conte, Espirito Santo czy Mourinho nie wspominając. Nowy trener Tottenhamu może wprawdzie – jak jego co bardziej pragmatyczni poprzednicy – przywiązywać wagę do gry defensywnej i podkreślać na każdym kroku (również wczoraj) znaczenie czystego konta; subskrybenci klubowych mediów z upodobaniem patrzyli w trakcie okresu przygotowawczego na zajęcia, w których nie tylko Van de Ven w pełnym biegu rzucał się blokować strzały na maleńkie bramki. Może też mówić o roli stałych fragmentów gry. Zarazem jednak podkreśla znaczenie odwagi – tej, z którą drużyna ani myślała na Etihad bronić dwubramkowego prowadzenia, a jeśli, to za pomocą prób zdobycia trzeciej bramki, do czego zresztą w drugiej połowie było całkiem blisko, zwłaszcza w trakcie akcji, po której Brennan Johnson huknął gdzieś wysoko ponad bramkę Trafforda zamiast obsłużyć podaniem któregoś z szarżującego wraz z nim kolegów.

    Tu właściwie wypada otworzyć nawias w wątku bardziej generalnym: niewielu jest zawodników wywołujących tak sprzeczne opinie wśród kibicowskiej bazy, jak właśnie Brennan Johnson. Kiedy się na niego patrzy z wysokości trybun, można mieć zastrzeżenia zarówno do skuteczności, z jaką podejmuje próby dryblingu, jak do szybkości, z którą decyduje się na podania do kolegów. W walce o odbiór piłki Porro ma dużo więcej wsparcia od Kudusa niż Spence od Johnsona. W meczu z MC Walijczyk złapał jeszcze niepotrzebną żółtą kartkę za odkopnięcie piłki. Zarazem przecież pierwszą akcję bramkową Tottenhamu wykończył wczoraj równie nieomylnie, jak wykończył ostatnią przed tygodniem. W sumie w 87 meczach dla Spurs atakujący ze skrzydła Johnson ma już 25 goli, a do tego 18 asyst; dla porównania grający głównie na środku ataku Richarlison ma w 93 meczach 22 gole i 11 asyst.

    Pressing jako rozgrywający

    Wracając zaś do kwestii zasadniczych: trzeba się zacząć przyzwyczajać do faktu, że na każdego kolejnego rywala Tottenham Franka będzie miał nieco inny pomysł. Przed wyjazdem na Etihad powszechnie spodziewano się np. powtórki z ustawienia wypróbowanego podczas meczu o Superpuchar  z PSG: ustawienia z trójką obrońców, z Danso u boku Romero i Van de Vena. Nic takiego się nie wydarzyło, za to piłkarze Spurs chętnie rozpoczynali rozgrywanie akcji od Vicario, zachęcali rywali do pressingu, a potem próbowali szybko zagrywać piłkę za wysoką linią obrony City. Tak padł pierwszy gol: futbolówka od Porro, zgranie Sarra do wybiegającego za plecy rywali Richarlisona, który następnie obsłużył podaniem Johnsona – ale skrupulatny Frank podkreślał po meczu, że podobnych prób było wcześniej już kilka.

    Kolejny pomysł – przynoszący kolejnego gola – to oczywiście pressing. W kontekście niepowodzenia naznaczającego ostatnie dni kibiców Tottenhamu, a związanego z podchodami transferowymi pod Eberechiego Eze, który wybrał ostatecznie swój ukochany klub z dzieciństwa, na pomeczowej konferencji przywołano Frankowi cytat z Jurgena Kloppa, mawiającego, że najlepszym rozgrywającym w futbolu jest właśnie skuteczny nacisk na rywala. Na co Frank powiedział, że musi w takim razie wysłać do Kloppa esemesa, a następnie wygłosił swoje credo.

    Wiemy oczywiście już z czasów jego pracy z Brentford, że lubi grać agresywnym, wysokim pressingiem, ale wczoraj – podobnie zresztą jak przez długie minuty meczu z PSG – wyglądało to naprawdę imponująco. Każdy piłkarz odpowiedzialny za konkretnego rywala, co powodowało, że nieraz widzieliśmy Romero daleko na połowie City, kiedy Haaland próbował cofać się po piłkę (po jednej z takich akcji faul Norwega dał Tottenhamowi rzut wolny, zakończony strzałem Porro). Agresywny doskok do przeciwników, zwłaszcza w wykonaniu wszechobecnego Sarra – to jego nacisk na Nico Gonzaleza przy próbie rozegrania futbolówki przez Trafforda przyniósł w efekcie drugiego gola: tym razem akcję wykańczał najbardziej defensywny gracz drugiej linii Tottenhamu Joao Palhinha.

    Trzy psy Franka

    KIedy sędzia zagwizdał po raz ostatni, postanowiliśmy, wzorem Thomasa Franka, oddać się celebracji życia. Przy kieliszku wina próbowaliśmy, jak to często w tym domu bywa, dobierać lekturowe tropy do tego, co właśnie obejrzeliśmy. Po zwolnieniu Postecoglou mity greckie trzeba było zostawić na boku, ale co w takim razie z literatury duńskiej, skoro większość baśni Andersena kończy się raczej smutno? I Jerzy zaczął wówczas mówić o trzech psach z „Krzesiwa”: jeden miał, niczym Bentancur, oczy jak filiżanki, drugi, niczym Sarr właśnie, jak młyńskie koła, ale trzeci – musiał nim być Palhinha – miał oczy tak wielkie jak Okrągła Wieża w Kopenhadze.

    Ryzykowne porównanie, ale wierzę, że Frankowi by się spodobało. Po Palhinhi widać jeszcze, że przez ostatni rok grał mało, a tego lata trenował niewiele, ale z każdym kolejnym meczem jego obecność w środku pola Tottenhamu potężnieje; rzekłbyś: ten człowiek oddycha wślizgami, ale u jego boku Bentancur imponuje spokojem, a Sarr wybieganiem. Oczywiście: kochamy w tym klubie błyskotliwych, kreatywnych rozgrywających, tęsknimy za Maddisonem i mamy poczucie, że Eze nieźle by tu pasował, ale i bez postaci tego typu Tottenham potrafi strzelać gole i łamać opór rywali.

    Pytanie tylko, jak długo tak będzie. Nawet poprzedni sezon drużyna zaczęła przyzwoicie i długo trzymała się czołówki, ale konieczność godzenia rywalizacji w Premier League i Lidze Europy rychło zaowocowała plagą kontuzji. Może sobie Thomas Frank podkreślać rolę w dzisiejszej wygranej Kudusa i Palhinhi, którzy do klubu dołączyli latem, ale w porównaniu z innymi zespołami czołówki (i mając świadomość odejścia Sona) transferów jest wciąż za mało. Widać to było zresztą aż nadto wyraźnie w poprzednich meczach: młodzi Gray czy Bergvall może i poradzili sobie z Burnley, ale rywalizacja z PSG zdecydowanie ich przerosła. Są w tej drużynie pozycje wciąż nieobsadzone („dziesiątka” na pierwszym miejscu) albo takie, w których uraz jednego zawodnika spowoduje wyrwę nie do zasypania.

    Daniel Levy ma tydzień na zrobienie tego, czego nie zrobił przez dwa miesiące. Wiemy, że nie tak to powinno wyglądać, ale przy tylu zmianach akurat to w Tottenhamie nie może się zmienić. Podobnie jak wygrywanie z Manchesterem City oczywiście.