Tag: Liverpool

  • Najdłuższy dzień w roku

    08.15

    No to zaczynamy, po raz nie liczę już który w historii tego bloga, całodzienne towarzyszenie zamykaniu okienka transferowego w Premier League. Szaleństwo plotek w internecie, rozgorączkowani dziennikarze, Harry Redknapp w oknie samochodu, tłumy kibiców przed ośrodkami treningowymi, filmowane w tle dziennikarzy Sky Sports, prezes Levy próbujący znaleźć jakiegoś napastnika na przecenie o 23.30 i przyznający się do porażki kilkadziesiąt minut później, psujące się faksy w siedzibie władz Premier League… Wszystko to braliśmy. Chociaż tyle dobrze, że nie ma śniegu – transfer Arszawina przed czterema laty (wtedy też blogowaliśmy…) potwierdzono prawie z dobowym opóźnieniem bodaj właśnie z powodu nagłego ataku zimy.

    08.30

    Zaczynamy, nie nastawiając się na żadne sensacje. Widmo finansowego fair play, a i ogólny kryzys w świecie ekonomii, ograniczyły jednak szaleństwo zakupowe klubów. Nawet w Manchesterze City nie rozglądają się nadmiernie za następcą Balotellego. Generalnie – jak zwykle zresztą w styczniu – kupować będą ci, którzy mają nóż na gardle, zwłaszcza Queens Park Rangers, i ci, którzy lubią hazard. Ale nawet w przypadku tych ostatnich (piję do Tottenhamu), nie obejdzie się bez myślenia o bilansie – jeśli w klubie pojawi się jakiś niedrogi zmiennik Adebayora i Defoe’a (w przyjście Leandro Diamao już teraz, zimą, kompletnie nie wierzę, wbrew doniesieniom „Timesa”), to równocześnie odejdą zawodnicy, których wysokie kontrakty obciążają klubowy budżet bez wyraźnego zysku sportowego. O przejściu Jenasa i Bentleya (oraz wypożyczeniu Townsenda) do QPR ćwierka się od wczoraj, podobnie jak o odejściu Huddlestone’a do Fulham.

    W przypadku angielskiego pomocnika ten nowy początek leży w interesie wszystkich stron. Andre Villas-Boas chciałby, żeby jego druga linia grała szybką piłkę, opartą na wymienności pozycji i intensywnym pressingu – coś takiego potrafi Dembele, coś takiego pokazał wczoraj Lewis Holtby (na dwadzieścia kilka podań, które odnotował po wejściu na boisku bodaj 90 proc. było bez przyjęcia – świetna zmiana), coś takiego robił także Sandro. Huddlestone, z jego brakami szybkościowymi, nie bardzo tu pasuje, a po kontuzji nie wróciła mu jakoś precyzja długich podań, z których słynął. Martin Jol zna go i lubi; myślę, że będzie potrafił mu pomóc wrócić do formy, a zarazem ustawić taktykę pod jego silne strony.

    09.00

    Pisząc o dzisiejszych transferach, będziemy mieć w tyle głowy wczorajsze mecze. O Tottenhamie, który przywiózł remis z Norwich już wspomniałem. Okropna pierwsza połowa, grana pod silny wiatr, uniemożliwiający obrońcom i bramkarzowi przewidzenie toru lotu piłki, szeroka gra Norwich, długie piłki za plecy wysoko ustawionej defensywy i agresywna gra na Parkera i Dembele w środku pola – Chris Hughton okazał się jednym z tych menedżerów, którzy odrobili lekcję i wiedzieli, jak sprawić problemy drużynie Villas-Boasa. Wiele w ostatnich dniach napisano (i wiele napisze się dzisiaj) o ryzyku, jakim jest posiadanie w kadrze tylko dwóch nominalnych napastników, ale to Sandro brakuje przede wszystkim Tottenhamowi: szybkiego, zdecydowanego, agresywnego, ale bezbłędnego w odbiorze i szybko pozbywającego się piłek. Zaprawdę: dopiero po wejściu Holtby’ego to był ten Tottenham, który może mieć szansę na pierwszą czwórkę: grający z tempem i rozmachem na połowie rywala. Dobrym ruchem było też dokonane w przerwie przesunięcie Bale’a ze skrzydła za plecy Defoe’a i wydelegowanie Dempseya na lewo – Amerykanin i tak schodził do środka, który wreszcie udało się zdominować, a Walijczyk ze środka właśnie przeprowadził rajd zakończony golem. Przy okazji: warto docenić, że choć w pierwszej fazie akcji był faulowany, nie wywrócił się, tylko dalej pędził na bramkę. Opłaciło się…

    09.15

    Oczywiście obejrzeliśmy wczoraj jeszcze lepszych piłkarzy niż Bale. Nie byłoby remisu Arsenalu bez doskonałej gry Jacka Wilshere’a. To, co Kanonierzy wyprawiali w obronie, było po prostu straszne: chaosu i pomyłek było tyle, że w zasadzie dwubramkowe prowadzenie Liverpoolu po godzinie gry można uznać za najniższy wymiar kary (jeśli dziś jest ostatni dzień okienka, Arsene Wenger powinien poszukać przede wszystkim drugiego lewego obrońcy, bo Gibbs znów złapał kontuzję, a Andre Santos etykiety pośmiewiska angielskich boisk nie pozbędzie się chyba nigdy; oraz pomocnika, który potrafiłby asekurować grę defensywy i napędzać akcje ofensywne – „destroyera” w stylu młodego Vieiry). Ileż miejsca mieli goście, jak statyczni byli obrońcy… nie chcę się nadmiernie pastwić nad Kanonierami; Tottenham przez 45 minut też grał wczoraj okropnie – powtórzę tylko jeszcze raz tych pięć nazwisk: Dixon, Adams (Bould), Keown, Winterburn. Nawet Arsene Wenger powinien pamiętać, że kiedyś jego obrona była wzorem organizacji dla całego kontynentu.

    Jak to zwykle w przypadku tej drużyny: kiedy atakują, wygląda to fantastycznie. Wilshere ma wizję i determinację, Cazorla wizję do kwadratu, Walcott szybkość, Giroud – wreszcie – pewność siebie, co widać po statystykach ostatnich miesięcy; szkoda, że wczoraj prócz gola i asysty miał też żółtą kartkę za nurkowanie. Rozumiem też, że niełatwo gra się na Suareza. Nie sądzę jednak, żeby nawet najbardziej oddani kibice Arsenalu chcieli się ze mną spierać o wczorajsze popisy Santosa, Sagni, Mertesackera czy Vermaelena. No i skąd się bierze ta niewiara w siebie, pętająca nogi tej drużynie w pierwszej fazie meczu? We wczorajszym programie meczowym pokazano, jak wyglądałaby tabela Premier League, gdyby spotkania kończyły się po 45. minutach – Arsenal był w niej dwunasty… „Neurotyczny”, słowo, którego użyła wczoraj Amy Lawrence na określenie gry tej drużyny, jest słowem, którego właśnie szukałem… Co się zaś tyczy Liverpoolu: w przeszłości poświęciłem na tym blogu jeden czy dwa pochlebne akapity o Hendersonie; nie sądzicie, że ostatnie tygodnie pokazują, iż miałem rację? Że Sturridge, którego za występy w Chelsea często krytykowano, bardzo dobrze wkomponował się w drużynę? Że skoro jeszcze przyszedł Coutinho z Interu, to włączenie się jej do walki o pierwszą czwórkę jest nadal możliwe?

    09.30

    Sporządzam listę zakupów Harry’ego Redknappa na podstawie dzisiejszych mediów. Przy piętnastym nazwisku mówię stop i zabieram się do lektury mistrzowskiego absolutnie wpisu na mistrzowskim absolutnie blogu o „Anatomii transferowej sagi”. Spróbujcie nie użyć dzisiaj żadnego ze słów wyróżnionych tam kursywą i złotym kolorem.

    09.50

    Czyhający cichutko za plecami Tottenhamu Everton znowu wygrał. Wygląda na to, że jeden z bohaterów meczu Leighton Baines i tym razem nigdzie się nie wybierze (oj przydałby się w Arsenalu, przydałby się w Manchesterze United taki lewy obrońca…), podobnie jak Fellaini. To też rodzaj wzmocnienia, choć kibice woleliby pewnie, żeby kolano Leroya Fera było w lepszym stanie (transfer pomocnika Twente został anulowany po badaniach medycznych: Everton chciał się zabezpieczyć na wypadek, gdyby uraz miał się odnowić i zaproponował zmianę formy płatności – ponoć strony mają wrócić do rozmów w lecie).

    10.05

    Harry Redknapp wie nie tylko, jak utrzymać drużynę w Premier League. Wie także, co to znaczy, kiedy drużyna dzięki jego zakupom stacza się na finansowe dno. Czasem utrzymanie jest wszystkim, można więc zrozumieć Tony’ego Fernandesa, że choć już w wakacje kupił Markowi Hughesowi mnóstwo piłkarzy (i zgodził się im płacić bajeczne kontrakty; Redknapp odsuwając Bosingwę od składu i zabierając mu dwie tygodniówki za odmowę zajęcia miejsca na ławce rezerwowych, wyznał, że w Tottenhamie nawet największe gwiazdy nie zarabiają tyle, co portugalski obrońca), teraz sięga po kolejnych. Pytanie tylko, co dalej. Loic Remy przyszedł tu, nie do Newcastle, bo świetnie mu zapłacono. Wracający z Rosji Christopher Samba ma dostawać 100 tysięcy funtów tygodniowo i kosztować ponad 10 milionów funtów. Nie ma ludzkiej siły, żeby klub o takiej pojemności stadionu, o takiej bazie kibiców i takich możliwościach komercyjnych, był w stanie pokryć podobne wydatki. Wszystko wisi na panu Fernandesie. Jeśli mu się znudzi, kibice QPR przeżyją horror znany z Portsmouth czy Leeds.

    Przed pojawieniem się Remy’ego i Samby na pensje w Queens Parku szło 150 proc. obrotów klubu, po ich przyjściu strach te proporcje liczyć. Ze zdrowym rozsądkiem, z rachunkiem ekonomicznym, z finansowym fair play, nie ma to oczywiście nic wspólnego.

    10.17

    Harry Redknapp w oknie samochodu. Naprawdę to widzę. Naprawdę słyszę klaksony aut, które przyblokował.

    10.30

    Chelsea chyba nikogo dziś nie kupi. Chyba że – przeżuwam w ustach suchara, miałem tego nie robić – kupi nowego menedżera. Patrzę na skrót meczu z Reading, czytam zaprzyjaźnionego bloga o taktyce walczącego o utrzymanie klubu i próbuję zrozumieć. Wypuścić dwubramkowe prowadzenie w ciągu ostatnich paru minut meczu? Nie umieć zareagować na niezaskakujące skądinąd zmiany (że wejdzie Le Fondre wiedzieliśmy nie od godziny, tylko od tygodni, w których wchodził i strzelał; brawo dla McDermotta także za wpuszczenie Akpana, który asystował jak w podobnej sytuacji w meczu z Newcastle)? Nie przeciąć w porę akcji (Mikel, wróć!)? Dać się nabrać na parę długich piłek? Nie umieć przetrzymać piłki w końcówce? Próbuję zrozumieć i nie rozumiem, jak można nie wygrać meczu, w którym – patrząc na skrót i statystyki, zastrzegam – miało się taką przewagę i takie okazje na podwyższenie wyniku, w którym do pierwszego strzału Le Fondre’a bramkarz Chelsea nie miał nic do roboty. Ktoś mi to wytłumaczy?

    10.50

    To się nie zdarzy, mamy już Holtby’ego, ale ciekawe: Porto odkupiło część praw do Joao Moutinho od jednej ze stron, których nadmiar uniemożliwił sfinalizowanie jego trnsferu do Tottenhamu latem. Może jakiś inny klient się zgłosi? Podobnie jak po Lukę Modricia: przy odrobinie determinacji półroczne wypożyczenie służyłoby pewnie wszystkim zainteresowanym.

    I jeszcze z ciekawostek: jak to się właściwie odbywa. Wysłanie faksu jest zwyczajnie szybsze niż skanowanie wszystkich dokumentów i przesyłanie ich mailem.

    11.05

    Liczby, które za chwilę będą nieaktualne (za Deloittem): do tej pory kluby Premier League wydały w styczniu ok. 85 milionów funtów. Rok temu ostatniego dnia okienka suma wszystkich wydatków wzrosła z 30 do 60 milionów – w zasadzie nic się nie działo. Dwa lata temu, kiedy kluby zmieniali Fernando Torres i Andy Carroll rano mówiliśmy o wydanych 90 milionach, ale wieczorem już o 225. Przy okazji: dwa lata to bardzo dużo na aklimatyzację, Fernando…

    11.30

    O tym już wspomnieliśmy, ale napiszmy wprost: Daniel Levy wie, jak robić interesy. Modrić i Berbatow sprzedani za ponad 30 milionów to przykłady najgłośniejsze, ale znalazłoby się więcej. Holtby, któremu kończył się kontrakt, sprowadzony za (w zależności od źródeł) 1-1,5 miliona funtów, to może być – zdaniem „Guardiana” – transfer stulecia. Jeśli w tych samych okolicznościach uda mu się jeszcze sprzedać Jenasa i Bentleya, każdego za większe kwoty, niż wydał na Niemca… Od czasu klapy z Rebrowem, na wczesnym etapie zarządzania klubem, Levy zarabiał prawie w każdej sytuacji, nawet na piłkarzach, którym w Anglii się nie powiodło, jak Giovani dos Santos. W ostatnich wynikach klubu wykazano wprawdzie kilkumilionową stratę, ale dotyczyły okresu przed sprzedaniem Modricia. Jak na brak dochodów z Ligi Mistrzów i tylko 36-tysięczny stadion, prezesowi idzie wybornie.

    Oczywiście Levy wie już, że aby klub się rozwijał – także finansowo – musi znów przebić się do Ligi Mistrzów, a potem rozbudować stadion. Jakie są granice ryzyka, które rozważa w takim dniu, jak dzisiejszy: napiąć budżet jeszcze raz i wzmocnić drużynę, żeby obroniła czwarte miejsce, czy utrzymać klub na poziomie ekonomicznej racjonalności niezależnie od tego, jak skończy sezon? Pewne jest, że jeśli usłyszy o piłkarzy wartym, powiedzmy, 10 milionów, który jest do wzięcia za 5 milionów, bo akurat jego macierzysty klub ma kłopoty, potrzebuje gotówki itd., sprowadzi go bez wahania. Nawet bez Harry’ego Redknappa, nasłuchujcie dziś wieści o Tottenhamie.

    12.00

    O legii cudzoziemskiej w Newcastle wszędzie już czytaliście. Pozwolę sobie więc tylko przypomnieć tekst, w którym rozpisałem się szerzej o szefie skautów tej drużyny, Grahamie Carrze. Facet, którego – niestety – wypuścił przed laty mój Tottenham, wyszperał i zarekomendował sprowadzenie nad rzekę Tyne m.in. Cheikha Tiote, Hatema ben Arfy czy Yohana Cabaye, doradzał kupno Demby Ba, potem Papissa Cisse. Przy czym warto dodać, że tego ostatniego obserwował przez pięć lat, a Tiote – cztery, w obu przypadkach czekając, aż wzrost umiejętności piłkarza korzystnie zbilansuje się z jego ceną (Cisse wyceniany był na 15 milionów funtów, kiedy pierwszy raz o niego pytali, 12 za drugim razem, a ostatecznie kupili go za 8,5 miliona; wartość Cabaye szacowano na 10 milionów, ale miał klauzulę w kontrakcie, dzięki której Newcastle zapłaciło tylko 4,5 miliona). Dziś przywiózł znad Sekwany kolejnych świetnych Francuzów, którzy pomogą drużynie wrócić na ubiegłoroczne ścieżki, a sam wydaje się najbardziej udanym tegorocznym transferem klubu – w lecie przedłużył z nim umowę na kolejne osiem lat. „Nie sądzę, byśmy wygrali z Aston Villą, gdyby nie transfer Sissoko” – mówił po ostatnim meczu menedżer „Le Toon” Alan Pardew, przedstawiając kolejnego w tym klubie zawodnika sprowadzonego prawie za darmo. Za pięciu importowanych z Francji piłkarzy Newcastle zapłaciło zaledwie 18 milionów – nic, tylko zazdrościć.

    12.20

    I to jest wreszcie jakaś wiadomość, pocieszmy się nią. David Beckham, który jeszcze parę dni temu pracował nad własną kondycją z pierwszym składem Arsenalu, przechodzi do Paris Saint Germain. Ściskam kciuki. Przyznam, że imponuje mi facet, który miał i ma wszystko, a wciąż jest głodny sportowych sukcesów. Kontrakt kontraktem, niewątpliwe korzyści wizerunkowe klubu niewątpliwymi korzyściami, ale dla mnie Beckham pozostaje wciąż najbardziej niedocenionym piłkarzem świata – może przez to że przez lata był piłkarzem najbardziej przecenianym.

    Szokująca uwaga? Argumentację rozwijałem dwa lata temu: wszystkie te opowieści o kontraktach reklamowych, fryzurach i tatuażach, pomniku z czekolady albo figurce w świątyni buddyjskiej, przesłaniały prostą prawdę, że Beckham umie grać w piłkę i że na boisku nie ma w sobie nic z gwiazdora. Kiedy oglądam czasem jakieś mecze z jego udziałem, wciąż widzę, jak wraca za swoim obrońcą, jak odbiera piłki, jak podaje, jak mobilizuje kolegów, jak strzela. Owszem, wolałbym nie wiedzieć, że jacyś zwariowani Japończycy robili sobie operacje plastyczne, żeby wyglądać tak jak on. Ale, do licha, czy z takiego powodu przestaje się być dobrym piłkarzem?

    Fajnie, że wiosną będę mógł pokazać dzieciakom, jak gra w Lidze Mistrzów. Nawet jeśli będzie wchodził na ostatni kwadrans rzucić jedną-dwie piłki do Ibrahimovicia – może zapamiętają.

    12.50

    Podczas przerwy na lunch przeczytajcie Wilsona o Pucharze Narodów Afryki. Wczoraj znów działy się rzeczy niepoczytalne, a sędziowanie było jeszcze gorsze od stanu boiska. Ale Adebayor awansował do ćwierćfinału i Tottenham (patrz wpisy powyżej) ma do dyspozycji tylko jednego, nie w pełni zdrowego napastnika…

    12.55

    Albo przeczytajcie raz jeszcze, jak to się robi. Tak Leon Best przechodził z Coventry do Newcastle.

    13.00

    Ze wszystkich odpowiedzi na pytanie o klapę Chelsea, zadane o 10.30, na razie do przekonania trafia mi jedna: bohaterowie są zmęczeni. Za dużo zamieszania wokół klubu, za dużo zmian, za dużo niepewności (także związanej z losem klubowej ikony, Franka Lamparda), za dużo skandali (także związanych z losem klubowej ikony, Johna Terry’ego), za dużo podróży – także na klubowe mistrzostwa świata. 41 spotkań od początku sezonu, 20 w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Można zrozumieć, że czasem w końcówce schodzi z nich powietrze. Można?

    13.30

    Temat do odstąpienia: transfery z Hiszpanii, na której się nie znam. Kryzys finansowy, dotykający tamte kluby i zmuszający je do sprzedawania swoich piłkarzy. Przykład największego w tym roku sukcesu (zważywszy stosunek ceny do jakości, van Persiego zostawmy na boku), czyli Michu, ale też Pablo Hernandeza, Jonathana de Guzmana, Chico Floresa, który przyszedł do Swansea przez Genuę. Dobrze zna hiszpański rynek nowy menedżer Southamptonu Mauriccio Pochettino. Everton zastanawia się nad ściągnięciem Negredo z Sewilli, ale nie zapłaci 20 milionów euro. Ciąg dalszy nastąpi.

    13.50

    Ze sprowadzenia Huddlestone’a zdaje się nic nie wyjdzie, ale wśród swoich dawnych piłkarzy Martin Jol znalazł – i wypożyczył do końca sezonu Urby’ego Emanuelsona z Milanu. Szybki i zwrotny reprezentant Holandii czytał zapewne napis na koszulce Berbatowa „Keep Calm and Pass Me the Ball” – zdaje sobie sprawę, po co przychodzi. A jego trener zwiększa sobie możliwości manewru: w Ajaxie wystawiał go na lewej obronie i na lewej pomocy, w Milanie obserwował biegającego za napastnikami. Tylko Pirlo, Xavi, Moutinho i Farfan mieli więcej kluczowych podań w Lidze Mistrzów – podaje WhoScored.com… Fulham po cichu robi swoje.

    14.10

    „Dzień, gdy solidaryzuję się z Arsenem Wengerem” – napisał na Twitterze Przemek Adamowicz. Chodzi oczywiście o – podzielaną skądinąd przez wielu innych menedżerów – niechęć do okienka transferowego. Sky Sports rozmawiała dziś z psychologiem, który analizował negatywny wpływ takich wydarzeń na psychikę piłkarzy. Łatwo sobie wyobrazić niepewność i rozkojarzenie, które jest ich udziałem, kiedy czekają na telefon od agenta. Jeszcze jedna przeprowadzka? Jeszcze jeden nowy menedżer ze wszystkimi swoimi dziwactwami? Jeszcze jedna szansa? Nadzieja na podwyżkę? Na zamieszkanie w fajniejszym mieście niż ostatnio (patrz pod żona Petera Croucha i Stoke…)?

    Inna sprawa, że Arsene Wenger również parę razy czekał do końca z zakupami, desperat.

    14.30

    Harry Redknapp w oknie samochodu po raz drugi tego dnia. Czekamy na hat trick.

    14.45

    Kiedy cztery lata temu publikowałem Dziesięć tez na zamknięcie okienka transferowego, najważniejsza brzmiała: „Zimą kupują desperaci” – drużyny, którym idzie, drużyny poukładane albo takie, które nie zmieniły w trakcie sezonu trenera, zachowują spokój. Oto, dlaczego najaktywniejszy jest dziś Harry Redknapp; oto dlaczego dziwię się, że nie kupuje Paul Lambert. Kibice AV marzą nawet o Maloudzie i łowią informacje o Yacoubie Sylli, defensywnym pomocniku z drugoligowego Clermont Foot. Druga linia to najsłabsze ogniwo drużyny; wątpię, czy jeden transfer, w dodatku zawodnika młodego i nieogranego w ekstraklasie wystarczy. Temat do odstąpienia: władanie Aston Villą przez Randy’ego Lernera, stracone złudzenia i zakręcony kurek z pieniędzmi Amerykanina. Pytanie na resztę sezonu: czy Bent i Benteke mogą grać razem?

    15.00

    Zaglądam do Rafała i natrafiam na zdanie, że „królem – sułtanem? – zimowych zakupów został oczywiście Ünal Aysal, majętny prezes Galatasaray Stambuł, który zafundował sobie triumfatorów Ligi Mistrzów Wesleya Sneijdera i Didiera Drogbę”. A czytelnik na Twitterze zwraca uwagę na inne transakcje Interu, który pożegnał się ze Sneijderem: o Schelotto, Kuzmanoviciu i Kovaciciu (za 11-15 mln euro!, podkreśla). No ale na tym, to już się kompletnie nie znam – chętnie natomiast wysłucham Waszego zdania.

    Martin O’Neill sprowadził tymczasem Danny’ego Grahama, zbyt drągalowatego dla Swansea, w sam raz dla Sunderlandu. Żeby było śmieszniej, napastnika, który kibicuje Newcastle i był z tego powodu na Stadium of Light wybuczany…

    15.15

    Powtarzam: nie wierzę w ściągnięcie przez Tottenham Leandro Damiao. Piszcie sobie wszyscy, co chcecie, nie będę się napalał.

    15.35

    Jeszcze a propos negatywnego wpływu okienka na zawodników (wpis z 14.10): rzecz dotyczy nie tylko zawodników, którzy są obiektem plotek, lecz także – może przede wszystkim – tych, których nowosprowadzani mogliby zastąpić. Siedzi sobie teraz Jermain Defoe przed telewizorem, masuje kontuzjowane biodro, zakleja plasterkiem miejsce po igle, którą przetaczano mu krew, i czyta, że jego klub ściąga Leandro Damiao. Brał to już zresztą w Tottenhamie parę razy: regularnie w pierwszym składzie, regularny strzelec, nagle musi zrobić miejsce komuś innemu. Wczoraj poszło mu niespecjalnie, w ogóle od jakiegoś czasu nie strzelił gola, a tu takie wieści. „Niech to się wreszcie skończy”, mruczy pod nosem, ale nie zmienia kanału.

    16.10

    Jack Butland, ceniony młody bramkarz, kolejna nadzieja Anglii, w Stoke. W Stoke, gdzie gra przecież jeden z najlepszych fachowców w kraju, rozchwytywany na transferowej giełdzie, Asmir Begović. Myślcie o tym, co chcecie – ja myślę, że w perpspektywie najbliższego roku Butland będzie chciał grać, a nie wysiadywać ławkę w Premier League. Gdzie pójdzie Begović? To daleki strzał, wiem, ale w Manchesterze United znów ostatnio narzekali na bramkarza…

    16.20

    Twitter padł. Faksy się przegrzewają. Przez Beckhama? Przez Croucha, o którego zabiega Harry Redknapp na zmianę z zabieganiem o Petera Odemwingie? Przez Damiao, o którym Villas-Boas powiedział, uwaga, uwaga, „nieprawdopodobne, ale nie niemożliwe”? Ze wszystkich tych powodów na raz? Jak to dobrze, że blog działa.

    16.40

    Dlaczego nie wierzę w transfer Damiao? Bo (sprawdziłem) 30 proc. praw do piłkarza ma ktoś inny niż macierzysty klub. Bo załatwienie tego przez ocean w tak krótkim czasie jest niemożliwe. Bo skomplikowane negocjacje z tyloma stronami, w przypadku zawodnika już będącego megagwiazdą, muszą potrwać – raczej dni niż godziny. Nie wchodzę w ogóle w kwestie finansowe: czy klub ma te pieniądze. Raczej ma, w dodatku mówimy o zawodniku z ogromnym potencjałem odsprzedania dalej – za takimi Daniel Levy rozgląda się w drugiej kolejności, po tych „na wyprzedaży”. Zabraknie czasu, jak zwykle.

    16.55

    Jeszcze drobiazg via Twitter. Pieniądze, które QPR zapłaci Sambie i jego poprzedniemu klubowi to więcej niż cały budżet płacowy Swansea. Lubimy Swansea.

    17.10

    Polski akcent, Bartosz Salamon w Milanie. Tu też ktoś mógłby mnie oświecić. Konferencja Beckhama się opóźnia. Twitter odzyskał sprawność. Redknapp nie odzyskał Croucha, ale wciąż czeka na Jenasa, Bentleya i Townsenda z Tottenhamu oraz Odemwingiego z WBA. Tak ze siedem godzin jeszcze to potrwa plus tradycyjne opóźnienia. Czas na kawę (i Beckhama).

    17.20

    Willaina oglądałem pilnie, wiedząc o zainteresowaniu Tottenhamu. Oglądałem i podziwiałem, zresztą jak pół drużyny Szachtara. Ale 34 miliony funtów? Do Machaczkały? Konferencja Beckhama wciąż się jeszcze nie zaczęła. Twitter utracił sprawność. Nikt nikogo nie kupuje. Może jest embargo na czas konferencji Beckhama. Kawa wystygła.

    17.40

    Cała prawda o ostatnim dniu okienka polega na tym, że przed długie godziny nic się dzieje: jesteśmy jak bramkarze, których drużyna bez przerwy atakuje i którzy muszą utrzymać koncentrację na najwyższym poziomie, mimo iż samemu nie mają nic do roboty. Konferencja Beckhama jest w tym sensie znakomitym andidotum na pustkę przelewających się wolno godzin, a przy okazji jaką lekcją piaru i dyplomacji… Owszem, był rozchwytywany, owszem, miał propozycje, ale np. w Anglii nie mógłby grać dla żadnego innego klubu poza Manchesterem United. Miał szczęście pracować z najlepszymi menedżerami świata, a Carlo Ancelotti jest jednym z nich. Nie oczekuje miejsca w wyjściowej jedenastce, ale chce je sobie wywalczyć. Przychodzi na pięć miesięcy, rodzina zostaje w Londynie, ale to nic nie zmienia: gdziekolwiek jest, angażuje się na 150 procent. Czuje się częścią tego klubu, chce pomóc się rozwijać zarówno jemu, jak całej francuskiej lidze. Nie bierze pieniędzy z PSG: jego wynagrodzenie idzie na działalność charatywną, wspierającą dzieci. Ambasador. Imponujące. Serio. Pokażcie mi takiego polskiego celebrytę.

    18.10

    Zmiana komputera. Z godzinkę mi zajmie. Świr wpatrzony w telefon na krakowskich ulicach to ja.

    19.00

    Wy też słyszeliście, że Arsenal próbuje kupić lewego obrońcę (patrz wpis z 09.15)? Nacho Monreal z Malagi (kolega Cazorli) pasuje do zapotrzebowania: i gola potrafi strzelić, i asystę zaliczyć, jest szybki, komfortowo czuje się z piłką podczas akcji ofensywnych i dobrze się ustawia w defensywie. Z drugiej strony słyszałem, że Bayern przyglądał mu się przed rokiem i nie zdecydował się na transfer. Z trzeciej: trudno sobie wyobrazić, że mógłby być słabszy niż Santos – zdaje się, że przyjdzie za niego zapłacić tyle samo, co za Brazylijczyka, który w tej sytuacji więcej w Arsenalu nie zagra. Tyle się mówi, że Wenger oszczędnie wydaje – ale sprowadzenie Santosa czy Chamakha (osąd Gervinho wciąż zawieszamy) pokazują, że czasem wydaje bez sensu… Z czwartej strony: co z defensywnym pomocnikiem?

    19.25

    W związku z Bartoszem Salamonem w Milanie zaobserwowałem u siebie wzmożenie patriotyczne. Zaobserwowałem też, że jak wielu robiących karierę za granicą Polaków trudno go uznać w pełni za produkt polskiej myśli szkoleniowej: za granicę wyjechał bardzo wcześnie, jak Glik, Szczęsny i Krychowiak. Czołówki na portalach zasłużone: dawno nie mieliśmy rodaka w klubie tej klasy…

    19.45

    Usłyszałem, że powinny tu paść również nazwiska Moury, Pato, Rossiego, M’Vili i Perisicia. Więc padają. Z własnej nieprzymuszonej woli dodaję również Wilfrieda Zahę, przyszłe wzmocnienie Manchesteru United. O Coutinho w Liverpoolu wspominałem rano, podobnie jak o francuskim zaciągu w Newcastle. W Niemczech, Francji, Hiszpanii i we Włoszech już pozamykane albo się zamyka.

    20.00

    Taki dzień jak dzisiejszy jest również dniem weryfikacji budżetu płacowego na drugie półrocze. Menedżerowie wiedzą już, z kogo na pewno nie skorzystają, agenci piłkarzy są poinformowani i robią swoje. Wielu wielkich transferów do końca dnia już pewnie nie doczekamy, za to wypożyczeń i odejść zawodników grzejących ławę albo się na niej niemieszczących będzie cała masa. Z tej kategorii: Jermaine Jenas z Tottenhamu do QPR, Alexander Doni z Liverpoolu do Botafogo i Dani Pacheco z Liverpoolu do Hueski, Alejandro Faurlin z QPR do Palermo. Ciąg dalszy nastąpi niewątpliwie.

    20.10

    Jeszcze a propos wczorajszego wpisu o Balotellim: we Włoszech wybory, w których Berlusconi bardzo chce zamieszać. Interpretacja politycznych korzyści głośnego transferu niewykluczona.

    20.50

    Temat do odstąpienia: menedżerowie kupujący swoich dawnych piłkarzy albo piłkarzy z rynków, które spenetrowali. Redknapp – niezależnie od Odemwingiego – wciąż stara się o Jenasa i Townsenda, a próbował też z Crouchem. Zgoda: Harry to przypadek ekstremalny, ale Martin Jol ściągnął Emanuelsona, próbował z Huddlestone’em, a teraz jeszcze kupił prawego obrońcę PSV, Bułgara Stanisława Manolewa. Temat do odstąpienia numer dwa: piłkarze, zachwalający swoje kluby kolegom; Manolew to kumpel Berbatowa, podobnie jak Monreal to kumpel Cazorli (może, ehm, Sandro namawiał Damiao podczas igrzysk w Londynie, może zresztą nie trzeba go namawiać, bo Tottenham zabiega o niego od trzech lat – kłopot w tym, że klub wciąż nie chce go puścić).

    21.00

    Jest awantura: West Bromwich oświadcza, że nie wyraziło zgody na rozmowy Odemwingiego z QPR i że kluby nie doszły do porozumienia. Rzecz w tym, że napastnika WBA właśnie sfilmowano na Loftus Road – w siedzibie QPR. Czy to Harry Redknapp nie mówił czasem o „wojnie gangów”, w kontekście roli, jaką podczas okienka transferowego odgrywają piłkarscy agenci? Sam pracuje dla szkółki niedzielnej, jak widać.

    Temat do odstąpienia: notoryczne naruszanie zakazu dogadywania się z piłkarzami, wcześniejszego uzgadniania kontraktów itd., bez zgody ich dotychczasowego pracodawcy. Wszyscy to robią, obawiam się. W świecie biznesu można to nawet elegancko nazwać: due dilligence.

    21.15

    Ręka w górę, kto nigdy nie spędził tych kilkunastu minut około północy ostatniego dnia sierpnia bądź stycznia, kompulsywnie klikając „odśwież” przy stronie internetowej ukochanego klubu? Wiem, że opowiadałem już tę historię parę razy, ale opowiem jeszcze raz ku przestrodze: czasami nie wystarczy doczekać północy. Poszedłem kiedyś spać w przekonaniu, że wszystko, co ważne, już się wydarzyło, a obudziłem się jako kibic Grzegorza Rasiaka: informację o jego przejściu do Tottenhamu podano dopiero nad ranem. Wyraz twarzy, jaki miałem, gdy lekko nieprzytomny wpatrywałem się we włączony dopiero co komputer, jest przedmiotem domowych legend.

    21.20

    Nasz cytat (z twitterowego konta FC United of Manchester): „W dniu, w którym wydano miliony na transfery, warto podkreślić korzyści z posiadania klubu przez kibiców. Istnieje inna droga”. Co mi przypomina filmy Loacha, historię AFC Wimbledon i (zachowując proporcje) książkę, którą w maju mam wydać w Czarnem. O ile pamiętam, całkiem sporo o tym napisałem.

    21.40

    Było o faksach, to będzie o wifi. Transfer Kasamiego z Fulham do Pescary upadł z powodu… niedziałającej sieci bezprzewodowej w mediolańskim hotelu – okienko we Włoszech zamknęło się, zanim transakcję sfinalizowano. Superagent piłkarza, Mino Raiola, wściekł się, jak nie przymierzając premier.

    22.10

    Tak. Myślę, że w ciągu najbliższych dwóch godzin Arsenal będzie miał nowego lewego obrońcę i że dwóch kolejnych piłkarzy zasili QPR. Reszta będzie (patrz notka z godziny 20.00) czyszczeniem ławek i szatni – głównie zresztą za pomocą wypożyczeń. Wiele hałasu o nic. Beckham i Willain, owszem, Samba z nieco innych powodów, ale poza tym? Graham, Emanuelson, Becchio, Shea – żaden nie będzie objawieniem na miarę Michu.

    22.30

    Nie wiem, kto doradzał Odemwingiemu, ale źle mu doradził. Napastnik WBA nie zmienia klubu, transakcja z QPR nie dochodzi do skutku, tymczasem cała Anglia widziała w Sky Sports, jak pojawia się na Loftus Road. Ciężko będzie miał po powrocie do macierzystego klubu. Sądząc po komentarzach, jakie pojawiają się na angielskich portalach, kibice tak łatwo nie zapomną – a media nie zapomną z całą pewnością. Zdolny skądinąd, choć zbyt często łapiący kontuzje napastnik dołącza do Pennanta, który zapomniał, że zostawił brykę w Hiszpanii, i Liama Ridgewella, który opublikował w sieci fotkę, na której podciera się pieniędzmi. Twarze (tyłki?) współczesnej piłki.

    Czternaście godzin blogowania. Zaczynam rymować.

    23.20

    John Stones, młodziak z Barnsley i angielskiej młodzieżówki, przechodzi do Evertonu. Znając Davida Moyesa to będzie hit, nawet jeśli jeszcze nie w tym roku. Koniec epoki: Rory Delap odchodzi ze Stoke do Barnsley (nawiasem mówiąc: zauważyliście, jak daleko potrafi wyrzucić piłkę z autu niejaki Gareth Bale?). Wciąż bez potwierdzenia transfery Monreala i Jenasa, ale w zasadzie jestem pewien, że dojdą do skutku. Jermaine Jenas… ulubieniec Bobby’ego Robsona w Newcastle, gdzie czuł się – wedle jego własnych słów – jak złota rybka w szklanym kloszu. Wciąż pamiętam jego rzut wolny na Old Trafford, w październiku 2005. Kiedyż to było? W ciągu ostatnich czterech lat bardziej nie grał niż grał. Nie sądzę, żeby akurat on pomógł QPR w utrzymaniu.

    23.45

    Kwadrans do końca. Teraz już idzie minuta po minucie. Raczej potwierdzenia tego, o czym mówiono wcześniej (Jenas, Butland z Birmingham do Stoke, ale do końca sezonu będzie grał w Birmingham, Upson do Brighton). Plus Newcastle rozwiązujące kontrakt z Xisco – pamiętacie go jeszcze? Eyong Enoh wypożyczony przez Fulham z Ajaxu – trzeci kontakt Jola; trzeba będzie to Fulham obejrzeć w najbliższym czasie, bo wygląda na to, że się wzmocniło jako jeden z nielicznych klubów Premier League.

    23.48

    Dobre. Alex Oxlade-Chamberlain oferuje (via Twitter) nocleg Odemwingiemu. Ależ napastnik – jeszcze – WBA zrobił z siebie pośmiewisko tą samowolną wyprawą do Londynu. Powrót może być długi i pod wiatr.

    23.50

    Jeśli wierzyć Redknappowi, ściąga na Loftus Road (kupuje? podejrzewam raczej, że wypożycza) także Androsa Townsenda z Tottenhamu. Chłopak świetnie drybluje, dobrze strzela, może grać na obu skrzydłach, z pewnością da dobrą zmianę w końcówce – taką, co to może odmienić losy spotkania. Same odejścia z tego Tottenhamu dzisiaj, no chyba że w ciągu najbliższych 10 minut…

    00.00

    Okienko zamknięte. Twitter padł. Arsenal nie kupił lewego obrońcy, a Tottenham środkowego napastnika. Ale Arsenal kupi, spokojna głowa (Tottenham raczej nie). Na innych frontach Cuenca w Ajaxie, no i nie wiem, jak z wicemarszałkiem Sejmu.

    Słusznie: w Szkocji jeszcze można handlować godzinę. Nie wiem, czy tyle wytrzymam, może raczej, jak by powiedział Dariusz Szpakowski, podsumuję.

    00.05

    Arsenal kupił. Jest na plusie w tym okienku. Podobnie jak Liverpool (Sturridge i Coutinho – solidne wzmocnienia wyjściowej jedenastki, może jeszcze zamieszać w walce o Top Four), Fulham (trzy fajne wypożyczenia), Newcastle (pięciu Francuzów kupionych, Xisco odprawiony do domu – Xisco, za którego zapłacono 6 milionów i który zagrał 11 meczów), Chelsea (Demba Ba robi lepsze wrażenie od Sturridge’a) i Tottenham (Holtby zabłyśnie, co do tego nie mam żadnych wątpliwości, poza tym szatnię udało się przewietrzyć – owszem, jeszcze jeden napastnik by się przydał, ale można grać tymi, którzy zostali; spodziewam się, że po przyjściu Niemca AVB wróci do ustawienia z jednym napastnikiem – raczej zresztą Adebayorem niż Defoem). QPR jest, oczywiście, poza kategoriami, z fortuną wydaną na Remy’ego i Sambę. Wysokość kontraktu tego ostatniego, obok Beckhama w Paryżu, Odemwingiego na ziemi niczyjej i – że okażę się patriotą – Salamona w Milanie, to dla mnie cztery kluczowe punkty tego spokojnego w sumie dnia. W walce o mistrzostwo i pierwszą czwórkę status quo w miarę utrzymane.

    Było miło jak zwykle. Ależ się tu naklikaliście. Jeszcze stąd nie znikam, ale już dziękuję. 4750 słów, 16 godzin i parę zaledwie transferów, ale i tak dobrze się bawiłem – mam nadzieję, że Wy także.

  • Ziemia obiecana

    W świetle tego, co wydarzyło się wczoraj i dziś w czwartej rundzie Pucharu Anglii, ale i w świetle tego, co przeżyliśmy parę dni wcześniej w półfinałach Pucharu Ligi, możemy zaryzykować tezę, że w sezonie 2012/13 rozgrywki pucharowe są dużo ciekawsze niż liga. A nawet jeśli nie ciekawsze, to z całą pewnością dużo bardziej emocjonujące. Może także: rysujące przed nami jakąś nadzieję na samonaprawę świata piłki, zważywszy że i Bradford (czwartoligowiec podbijający Puchar Ligi) i Luton (pozaligowiec podbijający Puchar Anglii) przeżywały w ostatnich latach gigantyczne problemy, związane z ogłaszaniem upadłości, odejmowaniem punktów, ciągiem degradacji itd. Ba, gwałtowny upadek Leeds, które odprawiło dziś Tottenham, opisywano nawet w książkach. Ba, także Oldham, które przed kilkoma godzinami ograło Liverpool, parę sezonów temu było zagrożone likwidacją…

    Zanim jednak zaczniemy przykładać rękę do nadprodukcji komunałów o „romantycznej rundzie”, „faworytach na kolanach” itd.; zanim napiszemy, że strzelec dwóch bramek dla Oldham w wieku 18 lat porzucił karierę zawodowego piłkarza i poszedł na studia – do poważnej piłki wrócił już z dyplomem University of Manchester – zauważmy kilka drobiazgów mających przełożenie na rozgrywki Premier League.

    Pierwszy, oczywisty: niejednej z drużyn mocno zaangażowanych w walkę o miejsce w pierwszej czwórce albo o utrzymanie, przedłużająca się walka na innych frontach jest zwyczajnie nie na rękę. W przypadku Harry’ego Redknappa, który skądinąd nie zostawił na swoich piłkarzach suchej nitki za klęskę z MK Dons, jest to rzecz nie do zakwestionowania. W przypadku Andre Villas-Boasa raczej alibi. W przypadku Brendana Rodgersa być może również. Przypadek Rafy Beniteza pozostaje beznadziejny: kiedy Chelsea ma słabszy dzień, kibice zawsze domagają się jego głowy, niezależnie od tego jak dobrze wypadła w meczu poprzednim…

    Drobiazg drugi, już mniej oczywisty. Wbrew pozorom kadry najlepszych drużyn Premier League, może poza wdrożonym od lat do rotacji Manchesterem United, nie są bynajmniej szerokie. Arsene Wenger posadził na ławce Walcotta, Wilshere’a i Cazorlę w meczu z Brighton, i miał poważne kłopoty z wygraną – pojawienie się na boisku pierwszego z tej trójki wydatnie pomogło awansować do piątej rundy, podobnie jak wezwanie na ratunek Chelsea Juana Maty i Demby Ba pozwoliło uratować remis Benitezowi. Liverpool próbowali uratować Gerrard i Downing. Tottenham również zaczął grać nieco lepiej, gdy na boisku pojawili się Dembele i Walker, ale to nie wystarczyło: bez Sandro środek pomocy Kogutów wygląda… kogucio. Huddlestone jest cieniem zawodnika, który przed kontuzją ocierał się o reprezentację Anglii, Parkerowi również wiele brakuje do formy sprzed urazu, Sigurdsson nie może się przełamać – dodajmy do tego brak zmienników dla Defoe’a i Adebayora w ataku, żeby nie wierzyć w ogromne rzekomo możliwości, jakimi dysponuje Villas-Boas.

    Inni nie mają lepiej. Andre Santos i Andriej Arszawin (co nie przestaje mnie zdumiewać, bo wciąż mam w pamięci pierwszy sezon Rosjanina w Premier League) pozostają postrachem każdego kibica Kanonierów. Marin nie może odnaleźć się w Chelsea, a Coates w Liverpoolu. Dni Antona Ferdinanda i paru innych, świetnie skądinąd opłacanych zmienników w QPR, również wydają się policzone. Rezerwowi bramkarze Chelsea i Liverpoolu pozostawiają mnóstwo do życzenia (błąd Jonesa był kluczowym momentem meczu z Oldham), w Tottenhamie również brakowało Llorisa (Friedel wprawdzie dwukrotnie ratował drużynę broniąc w sytuacji sam na sam, ale Francuz niewątpliwie szybciej wybiegałby z linii, zwłaszcza przy pierwszym golu dla gospodarzy).

    Pisząc to, zachowuję się jednak jak dysponujące prawami do pucharowych transmisji telewizje, które przy całym deklarowanym zachwycie nad zwycięstwami Kopciuszków, wolą jednak pokazywać starcia gigantów. Zakończę więc akapitem o triumfie pozaligowego Luton nad Norwich. W strukturze angielskich rozgrywek te dwie drużyny dzieli 85 miejsc, od 1989 r. nie zdarzyło się, żeby nieligowiec wygrał z którymś z zespołów ekstraklasy, od 27 lat nie wygrywał na wyjeździe, a żeby coś podobnego wydarzyło się wyżej niż w III rundzie – nie powtórzyło się od 1949 r. Nie mówimy wprawdzie o byle ptysiach – Luton grywało w najwyższej lidze, a ludzie w moim wieku pamiętają malowniczy taniec jego ówczesnego menedżera, Davida Pleata, kiedy pokonywał Manchester City i cudem utrzymywał się w lidze. Upadek nastąpił w ciągu ostatniej dekady: trzy degradacje z rzędu, 30 odjętych punktów z racji nieprawidłowości przy rozliczeniach z agentami zawodników, a przecież wielu z nas wciąż ma trudności z przyjęciem do wiadomości, że chodzi o drużynę z, tak to się nazywa, Blue Square Bet Premier League. Awans do piątej rundy i dobre losowanie to dla Lutonu nie tylko prestiż, historyczne osiągnięcie, ale zasilenie klubowej kasy w stopniu z naszej perspektywy niewyobrażalnym – no właśnie, gdybyż jeszcze telewizje zechciały jej mecz pokazywać…

  • Pojedynki na szczycie

    Tym razem powody do narzekania na komputer, układający listę spotkań angielskiej Premier League, miałby nie Alex Ferguson, Arsene Wenger czy Rafa Benitez, ale menedżer Reading Brian McDermott. Oto za sprawą terminarza rozgrywek, który w jeden weekend spotyka zarówno Manchester United z Liverpoolem, jak Arsenal z Manchesterem City, takie mecze, jak Reading-WBA schodzą na plan dalszy – nawet jeśli spokojnie można by od nich zacząć i na nich skończyć.

    Cierpiący od miesięcy kibice Reading cierpieli także w tym spotkaniu: ich drużyna próbowała konstruować ataki mocno nieporadnie, między obroną a drugą linią wyła dziura, której nie potrafił załatać debiutujący (i zmieniony w przerwie) Carrico. Nieźle zorganizowane w obronie West Bromwich groźnie kontratakowało – do stworzenia zagrożenia wystarczała w gruncie rzeczy szybkość Morrisona i siła Lukaku (jeśli w tej formie Belg wróci na Stamford Bridge, gdzie jest już przecież także Demba Ba, Torres naprawdę będzie musiał szukać innego klubu…), ale przede wszystkim wydawało się kontrolować przebieg wydarzeń – aż do 82. minuty. „Najbardziej niebezpieczny wynik to 2:0”, przekonują się zwykle kibice i zwykle mają rację – WBA nie zdobyło trzeciej bramki, choć po uderzeniach Lukaku słupek na Madejski Stadium pewnie nadal się trzęsie, i na 8 minut przed końcem zwycięstwo zaczęło wymykać mu się z rąk. Niesamowita historia, w której nie o taktyce rozmawiamy, a o wreszcie tętniących życiem trybunach (wcześniej siedziały cicho albo wręcz buczały na swoich), wierze i nadziei jednych, panice i spętanych nogach drugich. No, może jeszcze o sprytnym przepuszczeniu piłki przez Morrisona do Kebe przy pierwszym golu dla gospodarzy, i o naprawdę chytrze wykonanym przez Iana Harte’a (kogóżby innego?) rzucie wolnym, po którym zgrywający piłkę do Pogrebniaka Pearce wyszedł w chwili dośrodkowania przed pole karne…

    Zanim spojrzymy na szczyt, powiedzmy tylko, że walka o utrzymanie się zaostrza: Southampton z Borucem w bramce zwyciężył, w powstrzymaniu kryzysu Aston Villi nie obejdzie się chyba bez zmiany menedżera, Newcastle niebezpiecznie osuwa się tam, gdzie zwykle o tej porze roku jest Wigan – no i pozostaje jeszcze Queens Park Rangers, w którym nieznany dotąd raczej z taktycznego nowinkarstwa Harry Redknapp zaczął ustawiać Adela Taarabta jako „fałszywą dziewiątkę”, wracającą do pomocy i próbującą absorbować uwagę grających w tej strefie zawodników (to dlatego Michael Dawson tyle razy przekraczał z piłką linię środkową – przez ogromne fragmenty spotkania na Loftus Road nie miał kogo pilnować, a i Vertonghen wychodził wysoko, żeby nie stracić Marokańczyka z oczu; więcej o grze Taraabta pisze Michael Cox, a Wy popatrzcie, w których sektorach boiska otrzymywał piłkę podczas meczów z Tottenhamem i Chelsea), a Shauna Derry’ego wydelegował przed linię obrony, gdzie równie sędziwi Hill i Nelsen mają wyraźnie dobry wpływ na Fabio i Onuohę. Ustawienie 4-1-4-1 sprawiło Tottenhamowi duże kłopoty: przed polem karnym było gęsto, ataki ze skrzydeł nie przynosiły powodzenia, a kiedy Bale na stałe zszedł do środka – przestał otrzymywać piłki. Tym razem słabiej grał ściśle pilnowany przez Mbię Dembele, często zwalniający grę bądź podający z rzadką u niego niefrasobliwością. W sumie spotkanie z Tottenhamem ułożyło się dla podopiecznych Redknappa podobnie jak mecz z Chelsea: wytrzymany pierwszy napór, z genialnymi interwencjami Julio Cesara po strzałach Defoe’a i Adebayora, a potem rosnąca pewność siebie w miarę, jak rywalom kończyły się pomysły. AVB ma niewątpliwą zagwozdkę z Adebayorem: napastnik, żeby się odblokować, musi grać i musi czuć wsparcie trenera, tymczasem w takim meczu jak wczorajszy lepiej byłoby postawić na swobodniej czującego się między liniami Dempseyea. Na szczęście były napastnik Arsenalu wyjeżdża na Puchar Narodów Afryki i problem jego niskiej skuteczności przestanie na jakiś czas być naszym problemem…

    Szkoda, że Torres nigdzie się nie wybiera i Rafa Benitez nadal będzie się mozolił przy ustalaniu składu Chelsea. Na Britannia Stadium zostawił Hiszpana w rezerwie, ale w kolejnym spotkaniu pewnie znów będzie musiał na niego postawić – ku udręce kibiców. Nie pisałem o Chelsea przy okazji meczu ze Swansea, nie chcąc nadmiernie rozkołysać huśtawki „kryzys-kandydat na mistrza-kryzys” – uważałem i uważam, że Rafa Benitez nie jest dla fanów tej drużyny powodem do zmartwienia, choć wczoraj niewątpliwie potrzeba było wsparcia Waltersa, który strzelił dwa samobóje, żeby wygrać ze Stoke aż tak przekonująco. Zanim piłkarz gospodarzy wpakował piłkę do własnej bramki po raz pierwszy (w przeklętej 46. minucie, czyli „do szatni”…), mecz był wyrównany – ba, także przy stanie 0:1 fani Chelsea przeżyli chwilę grozy, gdy sędzia Marriner pokazał na jedenasty metr po faulu Azplicuety na Etheringtonie, by sekundę później wycofać się z decyzji, bo znakomita jak zawsze Sian Massey podniosła chorągiewkę pokazując spalonego. Rzecz w tym, że dążące do wyrównania Stoke się odsłoniło, Hazard czy Mata mieli dużo miejsca, a co się dzieje, jak Hazard czy Mata mają dużo miejsca, wiedzą te wszystkie drużyny, którym Chelsea pakowała po pięć czy osiem bramek…

    Po obejrzeniu meczu MU z Liverpoolem przestałem się dziwić wyznaniu sir Alexa Fergusona, że przestał sprawdzać terminarz spotkań i miejsce w tabeli dzisiejszego rywala. Mecz zapowiadany jako wydarzenie kolejki był dla wicemistrza Anglii meczem, jak każdy inny mecz z drużyną środka tabeli: meczem do wygrania bez nadmiernego wysiłku i meczem, w którym – jak to często w tym sezonie – mimo przewagi na papierze trzeba się było denerwować o ostateczny wynik. Nie za mocne to United, powtarzamy za każdym razem, kiedy przyglądamy się tej drużynie; problem w tym, że prawie za każdym razem wygrywa.

    Jej wejście w mecz z Liverpoolem było oczywiście imponujące. Świetnie kontrolujący grę Carrick, za szybki czasem nawet dla kolegów Welbeck, skuteczny van Persie, rozważny Cleverley, romantyczny Kagawa – za każdym razem niby nic (z wyjątkiem bajecznego podania Carricka, po którym Rafael wyłożył piłkę van Persiemu, Holender uderzył piętą, a Skrtel zablokował…), za każdym razem niby dużo piłkarzy Liverpoolu we własnej strefie obronnej i za każdym razem hektary wolnego miejsca dla atakujących gospodarzy… Akcja, zakończona golem van Persiego, podczas której piłka krążyła między Kagawą, Welbeckiem i Cleverleyem, zanim trafiła do Evry, była jednak znakomitą ilustracją nie tyle siły gospodarzy, co słabości ich rywali. Gdzie było wówczas trzech środkowych pomocników Liverpoolu? Dlaczego żaden nie przerwał jej zanim jeszcze piłka powędrowała do Evry? W zasadzie dopiero po wejściu Sturridge’a pressing, którego mogliśmy się spodziewać po Liverpoolu, zaczął jako tako funkcjonować, a piłkarze MU zaczęli tracić piłkę – także na własnej połowie, co stało się przyczyną jednej czy dwóch niebezpiecznych sytuacji z udziałem dobrze współpracujących Suareza i Sturridge’a. W drugiej linii gości zawiódł zwłaszcza Joe Allen – prawdę mówiąc za wszystkie swoje straty bardziej niż Lucas nadający się do zmiany.

    Tuż po przerwie miała miejsce pierwsza tego popołudnia kontrowersyjna decyzja sędziego: Howard Webb uznał drugiego gola dla MU, choć Vidić był na spalonym. Przy piekle, jaką wywołały rozstrzygnięcia Mike’a Deana w meczu Arsenalu z MC decyzja niemal niewinna, zresztą głównym problemem tej akcji było dramatyczne odpuszczenie krycia Evry. Co do meczu Arsenalu zaś: kibiców Kanonierów musi boleć, jak sądzę, nie sam fakt, że sędzia pokazał Koscielnemu czerwoną kartkę, ale idiotyczne zachowanie samego obrońcy – i późniejsze gapiostwo jego kolegów przy obu bramkach. Chwyt, jaki Francuz zastosował na Dżeko był wszak z gatunku zapaśniczych, a okazja bramkowa, jaką udaremnił faulując Bośniaka, była oczywista. Brak koncentracji Vermaelena i Gibbsa przy szybko wykonanym rzucie wolnym, po którym piękną bramkę strzelił Milner, zasługiwał na wytarganie za uszy przez Steve’a Boulda. Gibbsowi należała się też bura za stratę piłki na rzecz Zabalety, która przyniosła w konsekwencji drugą bramkę dla gości. Później mecz przypominał sesję treningową, której tematem było granie w przewadze – wszystkim trenerom polecam analizę zachowania w tej fazie spotkania Davida Silvy. Niewiele więcej było do analizowania niestety – z piłkarzy Arsenalu walczył tylko Wilshere…

    Co do czerwonej kartki dla Kompany’ego, jak wielu uczestników Twitterowej debaty uważam, że jest zgodna z duchem i literą prawa: było to wejście niebezpieczne jak cholera i było to wejście obiema nogami. Wiem, że Kompany najpierw wybił piłkę, że jest świetnym obrońcą i że unika brutalnej gry, ale sorry: prawo jest prawo, lepiej dla zdrowia piłkarzy, że tak je skonstruowano.

    Jakaś puenta by się przydała, najlepiej literacka. No to kupcie ostatni numer „Tygodnika”, gdzie Jerzy Pilch układa z ulubionych pisarzy nie jedną, i nie dwie, tylko trzy drużyny piłkarskie. „Czerwona kartka za kopnięcie przeciwnika bez piłki – Tołstoj. Żółta – za symulowanie karnego – Mann (…). Żółte kartki: za niebezpieczną grę – Kafka, za ubliżanie sędziemu – Czechow”… Co tu narzekać na Webba czy Deana, Koscielnego czy Kompany’ego…

    PS Obrazki ze Stats Zone wrzucę, jak dojadę do domu 😉

  • Dziwne przypadki Stewarta Downinga i Davida Luiza

    A ci wszyscy piłkarze, którzy już-już mieli wspiąć się na szczyt, tylko nagle w ich karierze coś poszło nie tak? Zostawmy na boku kontuzje, które zatrzymały Kierona Dyera, zostawmy nadmiar gwiazdorstwa i niechęć do ciężkiej pracy, które skomplikowały biografię Davida Bentleya. Weźmy dziwny przypadek Stewarta Downinga, który jeszcze jako gracz Middlesbrough zdołał przebić się do reprezentacji Anglii i którego do Liverpoolu sprowadzano z Aston Villi za oszałamiającą kwotę 20 milionów funtów (wcześniej AV zapłaciła za niego 12 milionów). Przyglądam mu się pilnie od blisko dekady, czyli od czasu, kiedy omal nie przeszedł do Tottenhamu, od dziesięciu lat wiem, że to jeden z najlepszych (może najlepszy?) lewonożny Anglik, że znakomicie dośrodkowuje z obu skrzydeł, że świetnie uderza ze stałych fragmentów gry, że kilka jego bramek z dystansu załapuje się do najpiękniejszych w tym okresie. Dlaczego w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy kibice z Anfield nie kryją rozczarowania jego grą, a zniecierpliwiony menedżer Brendan Rodgers wprost powiedział, że w styczniu ma zamiar poszukać mu innego pracodawcy? Wczorajszy gol Downinga był pierwszym strzelonym dla Liverpoolu w rozgrywkach ligowych – zważywszy, że udało się dopiero za 45. podejściem w zasadzie można to zniecierpliwienie zrozumieć…

    Najpierw sądziłem, że Downing jest po prostu pechowcem: przyszedł do klubu, w którym miał dogrywać piłki Andy’emu Carrollowi, ale Carroll łapał kontuzje albo grał kiepsko, a w końcu odszedł. Zmienił się też menedżer, a wraz z nim koncepcja gry, w której rajdy przy linii i dośrodkowania nie mają już takiego znaczenia, jak w czasach Kenny’ego Dalglisha: Rodgers woli stawiać z przodu na bardziej uniwersalnych Sterlinga, Suso czy Suareza (a jeszcze za kilka dni przyjdzie Sturridge…). Downing oczywiście próbował, trafiał w słupki i poprzeczki (zaczęło się już w debiucie…), dogrywał nie najgorzej, ale jakoś tak wypadało, że jego podań nie wykorzystywali koledzy – w poprzednim sezonie nie tylko nie miał na koncie żadnej bramki, ale nawet asysty. Pudłował też karne i skończyło się na tym, że trener postanowił go przekwalifikować na lewego obrońcę, przed którym ustawiał… innego lewego obrońcę Jose Enrique. O tym, jaki to efekt dało w meczu z Tottenhamem, gdy Downing odpuścił krycie wchodzącego w pole karne Lennona, pamiętamy.

    Ale jest jeszcze jedno wyjaśnienie: jak mówił niedawno sam jego menedżer, nie wystarczy po prostu mieć talent – trzeba jeszcze ciężko pracować i walczyć o miejsce w składzie. Nie przejmować się tym, za ile cię kupiono, zrzucić z siebie ciężar niewykorzystanych sytuacji, nie uśmiechać się przepraszająco – po prostu walczyć. „Jesteśmy trenerami, nie magikami – mówił Rodgers. – A piłkarze nie różnią się przesadnie od hydraulików, stolarzy czy murarzy. Sami muszą znaleźć sobie pracę i o nią zadbać, a zadaniem lekarzy, trenerów czy menedżerów jest jedynie znaleźć narzędzia, które pomogą im pracować lepiej. Zrobimy wszystko, żeby im pomóc lepiej pracować, ale jeśli sami nie będą mieli w sobie motywacji, wiele nie zdziałamy. Jeśli nie ma w nich głodu sukcesu, mają problem”.

    Niewykluczone, że problem Stewarta Downinga polegał na tym, że był zbyt miły – i zastosowana przez Brendana Rodgersa metoda „zimnego wychowu” poskutkowała. Wczoraj nie tylko strzelił gola, ale miał bajeczną asystę przy bramce Gerrarda, dobrze znajdował sobie miejsce nie tylko przy linii i wiedział, co robić z piłką, grając zresztą głównie krótkimi podaniami… Czy podobne metody poskutkują w przypadku chłopaków z QPR, którym Harry Redknapp zarzucił po przegranym meczu z Newcastle, że biorą wielką kasę (większą niż ktokolwiek w Tottenhamie, wypalił tradycyjnie niedyskretny Harry) i mają wszystko gdzieś? Redknapp marzy zapewne, żeby jego nowi podwładni grali z zaangażowaniem, które cechuje graczy Stoke. Gdyby Gary Lineker chciał kiedyś jeszcze użyć swojej niezapomnianej frazy o Wimbledonie, że tę drużynę dobrze ogląda się wyłącznie na telegazecie, musiałby ją zastosować do piłkarzy z Britannia Stadium. Owszem, zdaję sobie sprawę, że w Warszawie na Czerskiej znalazłoby się paru fanów tego stylu i że marzą oni o konfrontacji Stoke z Barceloną, ale ja każdy mecz z nimi odchorowuję. Owszem, odczuwam coś w rodzaju niechętnego podziwu myśląc o tym, ile razy w tym sezonie nie pozwolili wbić sobie gola i jak wielu zawodników przedniej formacji angażuje się w grę obronną. Równocześnie jednak czuję na własnej skórze wszystkie te łokcie, którymi traktują rywala przy okazji, patrzę na koszulę, czy nie rozdarta przy kolejnym pociągnięciu, a nade wszystko boli mnie szyja od ciągłego podnoszenia głowy, żeby zobaczyć frunącą nad nią piłkę. Nie mam pretensji do piłkarzy Tottenhamu: robili w tych okolicznościach, co mogli. Nie oni jedni mogli ze Stoke niewiele. Dobrze, że obyło się bez ofiar.

    Bez ofiar obyło się też w meczu Swansea-MU. Sir Alex przesadza, żądając dyskwalifikacji Ashleya Williamsa za trafienie w Robina van Persiego: wybijając piłkę – nie pierwszy i nie ostatni raz w tym meczu – obrońca z Walii robił po prostu to, co do niego należało, bez intencji sfaulowania Holendra. Cóż jeszcze? Michu po raz trzynasty. Fletcher po raz dziewiąty (i dobra gra Sunderlandu w obronie). Kiepskie sędziowanie meczu West Hamu z Evertonem. Dzielne Reading, ostatecznie pokonane. W końcu, ale nie na końcu: popis Chelsea.

    Popis Chelsea, z jedną z najpiękniejszych główek, jakie widziałem w życiu (niechże będzie Fernando Torresowi, ale też Azplicuecie za świetne dośrodkowanie), z fantastycznym golem Lamparda, i bodaj jeszcze lepszym Hazarda, o wolnym Luiza nie wspominając, i z wynikiem z rzędu tych, które wymykają się racjonalnemu opisowi. Nie, Aston Villa nie jest AŻ TAK zła – pamiętajmy w końcu o jej ubiegłotygodniowym zwycięstwie na Anfield Road. Kiedy kilka lat temu Wigan przegrało na White Hart Lane 9:1, pozbierało się dość szybko i jak zwykle zdołało utrzymać się w lidze – inna sprawa, że piłkarze tej drużyny zdecydowali się zwrócić pieniądze fanom, którzy wybrali się do Londynu, żeby być świadkami pogromu. Po prostu takie wypadki przy pracy czasem się zdarzają: w ostatnim kwadransie jednym wszystko zaczyna wychodzić, drudzy ze spuszczonymi głowami marzą już o tym, by jak najszybciej zejść z boiska, a w międzyczasie padają kolejne gole. Od 75. minuty Chelsea strzeliła cztery…

    Pisząc to nie zamierzam odbierać klasy zwycięzcom. O klęsce z Corintinhians zapomnieli już podczas pojedynku z Leeds, w Pucharze Ligi, ale teraz przypomnieli sobie o Premier League. Z każdym kolejnym golem bardziej przypominali drużynę: zgraną i głodną wspólnego sukcesu. Niesieni dopingiem, odmawiali zwolnienia tempa – nawet jeśli menedżer wprowadzał zmiany, mające oszczędzić najlepszych zawodników na intensywny czas okołoświąteczny. Widać, jak wielkie możliwości drzemią w tych piłkarzach, jeśli okoliczności (bo raczej nie trener) potrafią zdjąć z nich presję. Ofensywny kwartet po prostu zachwycał, choć moją uwagę zwrócił przede wszystkim kolejny występ Davida Luiza za jego plecami. Przypadek Brazylijczyka również był dziwny i tutaj także mogło się wydawać, że świetnie rozwijająca się do pewnego momentu kariera osiągnęła swój pułap. Wygląda jednak na to, że Benitez znalazł rozwiązanie problemów, jakie miał Brazylijczyk ustawiany w linii obrony. Pamiętam, jak dobrych parę miesięcy temu Alan Hansen wskazywał, że z dala od własnej bramki zawodnik Chelsea radzi sobie lepiej niż pod własną, że nieustannie gna go do przodu, gdzie pewnie czuje się z piłką, a jego momenty gapiostwa nie są aż tak kosztowne. Dziwność tego przypadku polegała na tym, że Luiz za bardzo lubi być w centrum uwagi jak na obrońcę. A że jest waleczny, ma mnóstwo energii, potrafi biegać dużo i szybko – w środku pomocy Chelsea tylko Ramires zdradzał dotąd te cechy – i potrafi też dobrze podać… Pierwsza wyraźna zmiana w zespole narzucona przez nowego menedżera na duży plus.

    W świetle tego, co stało się dzisiaj, nie chciałbym natomiast, by Benitez zapominał o Franku Lampardzie. Albo raczej nie chciałbym, by zapominali o nim klubowi włodarze. Pytanie oczywiście, jakie ambicje ma sam piłkarz: czy godzi się ze stopniową zmianą proporcji między czasem spędzanym na boisku i na ławce; czy może raczej chciałby, żeby nadal od niego rozpoczynano ustalanie składu – choćby i u wujka Harry’ego w QPR. Jeśli jednak sam widzi, że powoli czas robić miejsce młodym, pozostając dla nich ikoną, punktem odniesienia, bezcennym wzmocnieniem w trudnym momencie – powinien zostać w Chelsea do końca kariery, a klub powinien zadbać o to, by także po jej zakończeniu reprezentował go jako ambasador; podobną rolę odgrywa dziś w Tottenhamie Ledley King. Czy Abramowicz i jego ludzie usłyszeli wołania kibiców, domagających się po jego rekordowym golu, by przedłużono kontrakt z Frankiem Lampardem?

    Dobrych świąt Wam życzę. Obawiam się, że moje spędzę zestresowany wizją Aston Villi, przywracającej wiarę, nadzieję i miłość swoich kibiców zwycięstwem nad Tottenhamem…

  • Kwestia wykończenia

    To może być wpis o tym, jak czasem decydują centymetry i ułamki sekund. Jak Liverpool stwarza sobie np. znakomitą okazję w 14. minucie po niepotrzebnym wyjściu Hugo Llorisa przed własne pole karne, jak Henderson jej nie wykorzystuje i jak następnie Tottenham strzela drugą bramkę po wątpliwym rzucie wolnym. Albo o komicznym wręcz zamieszaniu w polu karnym gospodarzy w 36. minucie, gdzie najpierw Dembele odbiera piłkę będącemu już sam na sam z wychodzącym Llorisem Gerrardowi (moim zdaniem nie było mowy o karnym, choć Brendan Rodgers twierdzi inaczej), a następnie Walker wybija ją z pustej bramki unikając przy tym zderzenia z Gallasem – to była akcja, z której można by wydzielić nie jednego, ale dwa gole. Kiedy wreszcie Liverpool strzelił gola na 2:1 – a właściwie kiedy same Koguty wbiły sobie piłkę do bramki po kolejnym komicznym zamieszaniu we własnej szesnatce (tym razem wybijał Lennon, który wprawdzie także uniknął zderzenia, tym razem z Bale’m, ale za to nabił na niego futbolówkę) – był to gol zasłużony właściwie jeszcze w pierwszej połowie, a już na pewno na początku drugiej, kiedy po złym wykopie Dawsona fantastyczną okazję miał Enrique. Błędy, nieporozumienia, złe decyzje…

    Co powiedziawszy, nie zamierzam narzekać. Po pierwsze dlatego, że uwidocznione na załączonych obrazkach statystyki zablokowanych strzałów, przejęć piłki i wślizgów jednoznacznie pokazują, że przyparty do muru zespół potrafił się też bronić. Po drugie dlatego, że Tottenham drugi mecz z rzędu zaczął w imponującym tempie, spychając rywala do defensywy i mając tego efekty. Po trzecie dlatego, że do życiowej formy wrócił Gareth Bale. Po czwarte dlatego, że było to kolejne spotkanie bez Adebayora i czwarte w ciągu jedenastu dni – wszystkie z trudnymi rywalami – i kolejne zakończone dobrym wynikiem. Inne drużyny czołówki, te grające w europejskich pucharach, w ostatnim czasie wyraźnie opadły z sił, a Tottenham jakby nabrał wiatru w żagle, i to mimo niewielkiej rotacii w składzie.

    Może (odpukać…) najgorsze już za Villas-Boasem? Sytuacja w bramce wydaje się ustabilizowana, choć licencję na wybieganie z linii Lloris moim zdaniem wykorzystuje aż do przesady. W obronie dwa ostatnie mecze nieźle gra Walker, a i powrót Dawsona pokazuje, że nie jesteśmy skazani na kurczowe trzymanie się Gallasa – dziś grał tylko dlatego, że rozchorował się Caulker. W drugiej linii wrócił wreszcie Dembele (prosta reguła: z Belgiem w składzie wygrywamy, bez Belga – przegrywamy…), przywracając drużynie rytm w przechodzeniu z obrony do ataku. Sandro, który z West Hamem po raz trzeci za swojego pobytu w Anglii wymiotował z wysiłku na murawę, jak widać zawsze daje z siebie wszystko. Szkoda tylko, że wciąż zbyt rzadko Villas-Boas próbuje ustawiać przed nimi Toma Carrolla, bo Dempsey po niezłym występie w niedzielę dziś zawiódł. Bale i Lennon to osobna opowieść, ten pierwszy był w pierwszej połowie nie do zatrzymania, jednoosobowo dając drużynie dwubramkową przewagę; drugi jako gracz ofensywny miał w miarę łatwo przy ustawionym na lewej obronie Downingu, za to w pressingu był bodaj najwytrwalszy z całej drużyny. Mniej widocznego Defoe’a już za chwilę będzie mógł zluzować Adebayor, powoli wracają do zdrowia Parker, Assou-Ekotto i Kaboul, a w styczniu ponoć ma się zdarzyć jakiś transfer lub dwa. Może (odpukać po raz kolejny…) z tym Tottenhamem Villas-Boasa nie będzie aż tak źle?

    Piszę to mając w tyle głowy wyniki pozostałych drużyn rywalizujących o miejsca od trzeciego w dół (no cóż, w kwestii mistrzostwa szybko zaczęło to wyglądać na wyścig dwóch koni, nieprawdaż?). Chelsea, co do której uporządkowania przez Beniteza nie miałbym obaw, gdyby nie rzucający się w oczy kryzys wiary piłkarzy w siebie i w stabilność klubu. Arsenal, co do którego wiadomo wszystko – choć przecież nie każdy potrafi przywieźć remis z Goodison Park. Już ten Liverpool ma w sobie potencjał gonienia czołówki, gdyby ktoś poza Suarezem potrafił w nim strzelać gole… Niezwykle podobał mi się dziś Sterling na skrzydle, świetnie rozdzielali piłki Gerrard z Allenem, była przewaga w posiadaniu piłki, liczbie celnych podań itd. – brakowało centrymetrów i ułamków sekund, czytaj: wykończenia. Tego czegoś, co ma ostatnio niejaki Gareth Bale.

  • Sędziowie i skrzydła

    Nie znoszę pisać o błędach sędziów. Z mnóstwa powodów, które pewnie niejeden raz tu wyliczałem. Po pierwsze: mówiąc o błędach sędziów uruchamia się często logikę linczu, która niejednego arbitra zmusiła do przedwczesnego zakończenia kariery. Po drugie: chodzi właśnie o błędy, mniej lub bardziej trywialne pomyłki z tej samej kategorii, co – powiedzmy – pudło będącego już sam na sam z Czechem Valencii w ostatniej minucie meczu Chelsea-Manchester United albo Sterlinga na początku drugiej połowy derbów Liverpoolu. Mark Clattenburg nikogo nie chciał dziś okraść ani oszukać, nie uczestniczył w żadnym perfidnym spisku z Alexem Fergusonem, nie jest wynajmowany przez żadną „Fergie Association”, z pewnością chciał poprowadzić mecz jak najlepiej. Sędzia jest jak saper nie dlatego, że myli się raz, bo jak wiemy, zdarza mu się to znacznie częściej, ale dlatego, że paskudny fach wykonuje. Po trzecie bowiem, dostrzeżenie wielu kontrowersyjnych sytuacji, które proszą się o jego interwencje, nam – siedzącym przed telewizorami – zajmuje nieraz kilka powtórek w zwolnionym tempie. On ma ułamek sekundy. Podczas mundialu w RPA Michał Pol uczestniczył w zorganizowanych przez FIFA testach, podczas których dziennikarzom pozwolono pobiegać z chorągiewką przy linii, przy ogłuszającym ryku dobiegających z głośników wuwuzeli: szczerze przyznał, że nie uznał prawidłowo strzelonego gola, a i przy trafnie zinterpretowanych spalonych zgadywał. Po czwarte (to już argument pozaracjonalny): żywię metafizyczne przekonanie, że wpadki sędziów zerują się na koniec sezonu, to znaczy co straciłeś w dzisiejszym meczu, odzyskasz za kilka tygodni lub miesięcy. Po piąte, za część błędów arbitrów odpowiedzialni są piłkarze: gdyby sami starali się grać fair, nie próbowali oszukiwać i wymuszać korzystnych decyzji, nie dochodziłoby do takich sytuacji jak ta dzisiejsza z Torresem. Przepisu o karaniu żółtą kartką za wymuszanie faulu nie wymyślono przecież, kiedy w XIX-wiecznej Anglii i Szkocji zabrano się za kodyfikowanie piłki nożnej – to wynalazek zdecydowanie XXI-wieczny. Hiszpan, owszem, został zahaczony przez Evansa, ale padał jak łan zboża po spotkaniu z kombajnem Bizon. W meczu Evertonu z Liverpoolem nurkował nawet Phil Neville…

    Żeby było jasne: sam pamiętam Markowi Clattenburgowi niejedno (to on nie uznał gola Pedro Mendesa na Old Trafford w 2005 roku, pamiętam też, jak posypał się podczas derbów Liverpoolu w 2007 roku, kiedy – namówiony przez Stevena Gerrarda – zmienił kolor kartki i wyrzucił Hibberta z boiska, a potem nie pokazał czerwonej kartki Kuytowi za faul na Neville’u i nie podyktował karnego dla Evertonu; nie wiem, czy od tamtej pory prowadził jakiś mecz tej drużyny). Dziś dwie, a może trzy spośród jego ważnych decyzji okazały się nietrafione: z pewnością ta o drugiej kartce dla Torresa i z pewnością ta o uznaniu bramki Hernandeza, być może również ta o kolorze pierwszej kartki dla hiszpańskiego napastnika (za ostre wejście w Cleverleya, tuż przed przerwą). Z pewnością ekipa Chelsea ma prawo czuć się sfrustrowana. Ja także jestem sfrustrowany, że muszę o tym wszystkim pisać (a mógłbym jeszcze o wrzucaniu na boisko monet, a nawet fragmentów siedzeń przez fanów ze Stamford Bridge i najprawdopodobniej spowodowanego tym urazu jednego ze stewardów, a także o skardze Chelsea na obraźliwe ponoć wypowiedzi sędziego pod adresem dwóch jej piłkarzy).

    O ileż lepiej byłoby zająć się przecież po prostu piłką nożną. Kolejnym pięknym golem Juana Maty na przykład. Albo lepiej: rozmową o grze skrzydłami. Przed meczem z Chelsea Alex Ferguson jak zwykle próbował psychologicznych sztuczek, mówiąc, że za czasów Mourinho ta ekipa była dużo silniejsza, ale daleko istotniejsze wydały mi się jego rozważania na temat odchodzenia Manchesteru United od gry dwójką skrzydłowych. Sam jestem na tyle dorosły, żeby pamiętać wszystkie niemal konstelacje bocznych pomocników z Old Trafford, z Giggsem, Sharpem czy Kanczelskisem, Poborskym i Beckhamem na przykład. Owszem, piłka się zmieniła: David Pleat tłumaczył w BBC, że szeroką grę mogą zapewnić zarówno atakujący boczni obrońcy (coś takiego mogliśmy oglądać np. podczas meczu MU z Bragą), jak schodzący do boków napastnicy. Szukając na boisku miejsca zarówno dla Kagawy, jak dla Rooneya i van Persiego, naturalne wydaje się przestawianie Czerwonych Diabłów w „diament”. Tyle że mając w perspektywie spotkanie na Stamford Bridge, z niepokonaną dotąd Chelsea i jej fenonenalnym tercetem Hazard-Oscar-Mata operującym przed dwójką defensywnych pomocników – ręka w górę, kto się spodziewał, że przeciwko liderowi tabeli MU wyjdzie z Ashleyem Youngiem i Valencią obok Cleverleya i Carricka? Owszem, nawet Tottenham przed tygodniem zdołał pokazać, że kiedy fenomenalna ofensywa Chelsea traci piłkę, kontratakujący rywal ma więcej miejsca niż powinien, ale żeby myśleć o kontratakowaniu należałoby najpierw zabezpieczać tyły… Owszem, warto atakować stroną Ashleya Cole’a

    (zobaczcie, gdzie skrzydłowi MU przyjmowali piłkę – Young jednak częściej schodził do środka). W moim przekonaniu jednak Ferguson podjął spore ryzyko – jego piłkarze wprawdzie zaczęli świetnie, ale gospodarze odzyskali inicjatywę i po 50 minutach wcale nie zanosiło się na zwycięstwo gości. Szkoda, że o tym nie porozmawiamy.

    Angielska piłka. Ziew. Błędy, panie. Ziew. Bramkarz wypuszczający piłkę z rąk albo piąstkujący nie w bok, tylko dokładnie przed siebie, gdzie na linii pola karnego czyha ktoś na okazję do strzału. Obrońcy, którzy kompletnie odpuszczają krycie przy rzucie wolnym. To oczywiście już mecz wcześniejszy, derby Liverpoolu. Tu również gra skrzydłami w roli głównej: zobaczcie, ile razy próbowali dośrodkowywać zawodnicy Evertonu.

    Przyznaję: oglądało się to wszystko fantastycznie, ale ile naszych emocji wzięło się z niewymuszonych błędów drużyn, którym się dziś przyglądaliśmy? Że Tottenham sprawi swoim fanom jazdę bez trzymanki, można było być pewnym po pierwszych 45 minutach, które zakończyły się dwubramkowym prowadzeniem drużyny Villas-Boasa, ale powiedzmy, że taka jego uroda. Co jednak ze spotkaniem Everton-Liverpool? Gdzie się podziała filozofia posiadania piłki trenera gości? Ile zdumiewających pomyłek popełnili jego piłkarze, zwłaszcza młody Wisdom, kompletnie nieradzący sobie z Mirallasem (skrzydła!)? O tym też chciałoby się porozmawiać – cóż, skoro tematem dnia znów stał się Luis Suarez, idiotycznie prowokujący rywali po strzeleniu pierwszej bramki („nurkował” przed ławką rezerwowych Evertonu) i brutalnie, być może na czerwoną kartkę faulujący Distina, a zarazem zasługujący na zwycięskiego gola w ostatniej minucie. Miało nie być o sędziach, wiem, ale tam z kolei nie było spalonego…

  • Uścisk dłoni

    Dla takich dni jak dzisiejszy warto wstać wcześniej, warto też później położyć się w przeddzień. Większość niedzielnych obowiązków odwaliłem w sobotę wieczorem, a to, co zostało, skoncentrowałem na przedpołudnie, żeby z wolną głową przystąpić do oglądania meczu, które był skazany na to, żeby stać się klasykiem. Jaka szkoda, że bloga nie mogłem napisać na zapas.

    Chociaż nie – trochę mogłem, skoro prasówkę przed dzisiejszym spotkaniem na Anfield zacząłem gromadzić koło czwartku. Mogłem ucieszyć się np., że w Liverpoolu i Manchesterze United potrafili pójść po rozum do głowy i uspokoić emocje w kwestii konfliktu Evra-Suarez (obaj posłuchali apeli mediów, klubowych kolegów i oficjeli, po czym uścisnęli sobie dłonie przed meczem), oraz że wszyscy wchodzący na Anfield fani MU otrzymali list od Alexa Fergusona, apelujący o przebudzenie sumień i wyeliminowanie z dzisiejszego repertuaru nienawistnych śpiewów pod adresem Liverpoolu (nie do końca pomogło, niestety: telewizje pokazały, że już po zakończeniu spotkania przyjezdny sektor ryczał to, co zawsze). Jeśli wyznaję czasem wiarę w to, że futbol może być narzędziem społecznej zmiany, to właśnie w związku z chwilami takimi jak ta, w której kapitanowie od lat rywalizujących ze sobą klubów wspólnie wystąpili, by upamiętnić ofiary tragedii ciążącej na historii jednego z nich, a Bobby Charlton wręczył Ianowi Rushowi kwiaty przed najsłynniejszą trybuną Anglii – zajmowaną przez najzagorzalszych fanów Liverpoolu The Kop. Ech, żebyż tak kiedyś w Polsce przed meczem podwyższonego ryzyka dało się gdzieś przeczytać słowa podobne do tych, które wypowiedział Steven Gerrard: „Mam nadzieję, że zwycięży przyzwoitość. To fantastyczna okazja dla fanów obu drużyn, by zerwać z chorymi piosenkami. I to wielka szansa na wysłanie komunikatu do wszystkich kibiców świata w sprawie śpiewania podobnych rzeczy. Jeśli to będzie fantastyczny mecz, jeśli Suarez i Evra podadzą sobie ręce i jeśli nie będzie nienawistnych okrzyków, damy światu wspaniały przykład. To dużo ważniejsze niż piłka nożna”… Nawet Gary Neville, niebędący przecież niewiniątkiem, jeśli idzie o podgrzewanie wrogości między dwoma klubami, mówił o zrobieniu następnego kroku: wyeliminowaniu z kibicowskiego repertuaru wszelkich obrzydliwych śpiewów („Pieśni o wielkich ludziach piłki, takich jak Arsene Wenger, albo o świetnych piłkarzach, jak Sol Campbell czy John Terry, mogą być równie okropne, jak te o tragediach w Monachium czy na Hillsborough”). Z kolei na stadionie zwaśnionego z Liverpoolem Evertonu na środku boiska stanęło w poniedziałek dwoje trzymających się za ręce dzieci, dziewczynka w koszulce Liverpoolu z dziewiątką na plecach i chłopiec w koszulce Evertonu z szóstką (96 to liczba ofiar śmiertelnych tragedii z Hillsborough). Głęboko mnie ten obraz wzruszył…

    Jako się rzekło, nie do wszystkich widzów spektaklu na Anfield trafiło to, co chcieli przekazać trenerzy i piłkarze ich ukochanych klubów. No i szkoda, cholera, że sportowej atmosfery w tym meczu wystarczyło na trzydzieści minut. Odniosłem wrażenie, że Mark Halsey okropnie nie chciał dać czerwonej kartki Shelveyowi, że ociągał się z decyzją o jej wyjęciu, że słuchał, co mu suflują do słuchawki liniowi, ale nie miał wyjścia: wślizg obiema nogami kwalifikuje się do usunięcia sprawcy z boiska. Szkoda zresztą nie tylko w sensie, od którego tu zacząłem – czyli fair play, ale także w sensie czysto sportowym. Cały plan Brendana Rodgersa, tak skutecznie realizowany do wyrzucenia pomocnika Liverpoolu, runął właśnie w tamtym momencie – a rzecz skomplikowała się jeszcze po wejściu na boisko Scholesa za beznadziejnego Naniego. W pierwszej fazie meczu druga linia MU po prostu nie istniała: trzech zawodników Liverpoolu – zwłaszcza niestrudzony w pressingu, najlepszy na boisku Gerrard

    i kontrolujący jak zwykle dystrybucję piłki Allen – kompletnie zdominowało dwójkę Carrick-Giggs. Nawet jeśli próbował ich wspierać cofający się Kagawa, to przewagę robił wracający się również – i rozpoczynający później swoje ataki z głębi pola Suarez (patrz niewykorzystane przez Boriniego, znakomite podanie). Ponieważ gospodarze grali również szybciej niż ostatnio, ponieważ z prawej strony niezwykle dojrzale poczynał sobie Sterling, po raz pierwszy za kadencji Rodgersa w Liverpoolu można było odnieść wrażenie, że zestawianie stylu tego trenera ze stylem Barcelony ma sens. Następca Dalglisha zrobił zresztą również dobrą zmianę, wprowadzając operującego za Suarezem Suso. Wszystko dobrze, poza skutecznością, poza czerwoną kartką, która złamała pomysł na grę, no i poza nurkiem Valencią, który kładł się w polu karnym jeszcze zanim został dotknięty (czy w ogóle został?) przez Glena Johnsona. Co każe nam wrócić do ubolewań, że mecz, który miał wszelkie dane, by stać się klasykiem, rozstrzygnął się w sposób daleki od gry fair – nawet jeśli można czynić współwinnym sędziego, który dał się nabrać pomocnikowi MU.

    Manchester United na razie wypada najsłabiej ze wszystkich drużyn czołówki, co nie znaczy oczywiście, że nie poradzi sobie w przyszłym tygodniu z Tottenhamem, prezentującym się jeszcze słabiej. Mając do wyboru starcie MC-Arsenal i derby Londynu na White Hart Lane wybrałem dziś po południu te drugie, ku swojej ponadgodzinnej zgryzocie, bo w pierwszej połowie Tottenham wypadł fatalnie, a i w drugiej – mimo zmiany ustawienia – niewiele wykreował do momentu fatalnego kiksu Faurlina we własnym polu karnym. Defoe strzelił bramkę i napracował się jak wół, ale cholernie brakowało Adebayora, przez pierwszych 45 minut lewa strona nie istniała, zaś Sigurdsson i Dempsey gubili się na swoich pozycjach. Owszem, nie zawodzili Dembele i Sandro, owszem, kolejny dobry mecz zanotował Vertonghen

    (dziś ratował kolegów, podobnie zresztą jak Friedel; powyżej statystyki defensywne, ale był kompetentny także jako lewy obrońca ), ale generalnie brakowało w tym energii i pomyślunku. Grać z kontry w ustawieniu 4-4-2 to i Harry Redknapp potrafił.

    Nic dziwnego, że na White Hart Lane szukałem tego, co tak szybko odeszło z Anfield: ducha fair play. Szukałem i znalazłem: w drugiej połowie, już po strzeleniu przez Tottenham drugiego gola, gospodarzom atakowało się dużo łatwiej i tylko kilka desperackich interwencji Clinta Hilla i Julio Cesara spowodowało, że mecz zakończył się ostatecznie wynikiem 2:1. Po jednym ze wślizgów Hilla pozbawiony niemal pewnego gola Jermain Defoe podszedł do obrońcy QPR i z podziwem uścisnął mu dłoń.

  • Gorzki smak sprawiedliwości

    Co mam powiedzieć? „Będzie powiedziane / tak wiele słów, a żadne nie złożą się w zdanie / proste oznajmujące” – to kawałek, a właściwie kawałek kawałka wiersza Barańczaka. Na temat tragedii Hillsborough, gdzie podczas meczu Liverpoolu z Nottingham Forest w panice i ścisku zginęło 96 osób, przez 23 lata powiedziano tak wiele słów, napisano tyle tekstów i wytworzono tyle (także fałszywych) dokumentów, że zdania proste oznajmujące przychodzą z trudem. A przecież trzeba wrócić do sprawy (pisałem już o niej na dwudziestolecie tamtych wydarzeń) z powodu raportu niezależnej komisji, która opublikowała właśnie wyniki swojego półtorarocznego dochodzenia i ujawniła mnóstwo nieznanych dotąd kluczowych dokumentów.

    Zdania proste są takie: 15 kwietnia 1989 roku do zapełnionych już dwóch sektorów na trybunach stadionu w Sheffield policja skierowała tysiące czekających jeszcze przed bramą kibiców. Wchodzący zepchnęli tych, którzy pojawili się wcześniej, na metalowy płot, oddzielający fanów od boiska (mówimy o czasach, w których podzielone siatką trybuny z miejscami stojącymi przypominały raczej więzienne wybiegi). W tłoku zmiażdżono i zadeptano setki osób. Ofiar śmiertelnych było 96. Walczący o życie chcieli się ratować wtargnięciem na boisko – na co jednak nie pozwalali policjanci. To oni okazali się winni tragedii, którą powiększyła jeszcze powolna i źle koordynowana akcja ratunkowa.

    Później były lata kłamstw i zacierania śladów. Podczas śledztwa fałszowano badania trzeźwości ofiar i manipulowano zeznaniami – tak, by pasowały bardziej do obrazu anonimowego stadionowego bydła, kibolstwa czy jak to jeszcze nazwiemy, niż do ludzi takich jak my, mających twarze i imiona, którzy pewnego słonecznego popołudnia wybrali się na jeden z najciekawszych meczów sezonu. Opublikowane właśnie dokumenty mówią o 41 osobach, które mogły przeżyć, gdyby służby powołane do dbania o zdrowie i bezpieczeństwo działały lepiej.

    Pamiętacie film „W imię ojca” i gorzki smak tamtej spóźnionej sprawiedliwości? 23 lata po tragedii w Sheffield premier David Cameron – wywodzący się skądinąd z tej samej partii, co rządząca wówczas Margaret Thatcher – przemawiając w parlamencie nazywa zło złem. Stała się „podwójna niesprawiedliwość”, mówi. Przepraszając w imieniu rządu i całego państwa, zauważa zarówno to, że policja fałszowała dowody i próbowała zrzucić winę na kibiców, jak i to, że ich rodziny blisko ćwierć wieku musiały walczyć o prawdę. Mówiąc trochę innymi słowy – najpierw tysiące Anglików pozbawiono poczucia bezpieczeństwa na stadionie, później zaś pozbawiono ich poczucia bezpieczeństwa w państwie, które nie umiało wziąć odpowiedzialności za swoją klęskę.

    Bardzo chciałbym w tym miejscu napisać, że z tamtych wydarzeń wyrosło jakieś dobro. Publikacja raportu sędziego Taylora, który nie miał wprawdzie do dyspozycji wszystkich ujawnionych wczoraj dokumentów, zmieniła współczesny futbol. Stadiony, na które chodzimy, są bezpieczniejsze, choć – jak zauważa Michał Zachodny – także dziś przy kołowrotach dzieją się rzeczy mrożące krew w żyłach. Także dziś, dodam od siebie, w mediach i wśród polityków zdarza się klimat pogardy i zbiorowego osądzania kibiców. Daleki jestem od angelizowania tych ostatnich, co stali czytelnicy tego bloga świetnie wiedzą, ale wniosek, jaki wyciągam dla siebie z historii Hillsborough, jest również wołaniem o roztropność podczas walki z przestępczością stadionową. „Wytwarzane wówczas opowieści o chuligaństwie wywołały u wielu obywateli tego kraju przekonanie, że tragedia Hillsborough miała także odcień szarości – mówił w brytyjskim parlamencie premier Cameron. – Otóż opublikowany dziś raport pokazuje, że czarne jest czarne, a białe jest białe. Kibice Liverpoolu nie byli przyczyną tragedii. Komisja nie znalazła dowodów ani na wyjątkowy poziom pijaństwa, braku biletów czy przemocy wśród fanów, ani na to, że umyślnie spóźnili się na rozpoczęcie meczu, ani na to, że okradali zmarłych i umierających”. Słucham tych słów i przypominam sobie niedawną rozmowę z niepracującym już niestety w policji generałem Adamem Rapackim, który przekonywał mnie, że od pałowania skuteczniejsze jest prowadzenie racjonalnego dialogu ze stowarzyszeniami fanów. Wolałbym, żeby na polskich stadionach kibicowano bez rasistowskiego bluzgu i żeby ludzie nie dopuszczali się przemocy z powodu klubowych antagonizmów (wolałbym też, by winni podobnych przestępstw odpowiadali za swoje czyny), nie chcę jednak w opisywaniu i piętnowaniu tych zjawisk zamieniać zawsze pojedynczych uczestników meczu w anonimową, zdepersonalizowaną zbiorowość. Także w ten sposób można doprowadzić do tragedii.

  • Premier League, bloody hell

    Nie od razu Rzym zbudowano i tak dalej. Ale też pewnie Rzym budowano bez presji, towarzyszącej budowniczym drużyn w dzisiejszej piłce od pierwszego dnia ich pracy. Przyjmijmy nawet, że piłkarze uwierzyli w projekty Rodgersa i Villas-Boasa: brak natychmiastowych wyników, buczenie kibiców, łomot w mediach nie pomoże im w kultywowaniu tej wiary. Z każdym meczem, z każdą niewykorzystaną sytuacją i z każdym straconym golem – zwłaszcza w końcówce – napięcie rośnie. Tego szczęściarza Alexa Fergusona nie wyrzucono z pracy po kilku pierwszych latach bez sukcesów w MU i… sami widzicie.

    Rozczarowanie więc. Jak na dwóch trenerów kultywujących etos piłki ofensywnej, technicznie i taktycznie wyrafinowanej, liczba błędów popełnianych przez graczy Liverpoolu i Tottenhamu zdumiewała, dziwiły też te wszystkie hektary wolnej przestrzeni, jakie zawodnicy Arsenalu i Norwich mogli wykorzystywać przed ich polami karnymi (brak Lucasa, Sandro grający tylko 45 minut). Błędy Liverpoolu okazały się zapewne boleśniejsze – zwłaszcza, że pochodziły od zawodników w tej drużynie podstawowych i o najdłuższych stażach: strata Gerrarda, kiks Reiny. Błędy nie tylko na boisku zresztą, ale i poza nim – na rynku transferowym, gdzie nie postarano się np. o porządnego konkurenta dla hiszpańskiego bramkarza (w Aston Villi mogą posadzić na ławce Givena, w MU – skądinąd niesłusznie, moim zdaniem – de Geę, na Anfield nie bardzo jest alternatywa), mylącego się wszak również w poprzednich sezonach. Pytanie też (identyczne zresztą w przypadku Brendana Rodgersa i Andre Villas-Boasa), czy dwóch napastników to nie za mało jak na wymagania klubu grającego w angielskiej ekstraklasie, a na dokładkę w Lidze Europejskiej; mówił zresztą Rodgers, że gdyby wiedział, iż nowego snajpera się nie kupi, nie zgodziłby się na wypożyczenie Carrolla. Zmęczenie meczem pucharowym, a wcześniej starciem z MC, widać było i po Gerrardzie, i po Suarezie, który szybko stracił siły na rozpoczynanie pressingu. Jeśli tak dalej pójdzie, awizowany serial dokumentalny o Liverpoolu zrobi się naprawdę pasjonujący…

    W przypadku wygrywającego z Liverpoolem Arsenalu warto odnotować pierwsze bramki dla klubu Podolskiego i Cazorli, ale co ważniejsze: znakomity występ Abu Diaby’ego w drugiej linii, nie tylko odbierającego piłki (10 na 13 wygranych pojedynków na ziemi), ale inteligentnie je rozgrywającego, coś jak Patrick Vieira w swoich najlepszych latach w tej drużynie. To dobrze uzupełniający się z Artetą Diaby stanowił bezpieczne zaplecze wysuniętego w kierunku Giroud Cazorli; to Diaby sprezentował wspomnianemu Giroud kolejną w jego angielskiej przygodzie fenomenalną okazję, kolejny raz niewykorzystaną.

    Poza tym, mimo (mimo?) kontuzji Szczęsnego, ale bardziej zapewne dzięki pracy Steve’a Boulda na boisku treningowym drużyna nie traci bramek, a na bokach wreszcie przyzwoicie radzą sobie Gibbs i Jenkinson (zwłaszcza jeśli ich porównać z bocznymi obrońcami Liverpoolu, boleśnie zaskakiwanymi przez pojawiającego się za ich plecami rywala). Trójka środkowych pomocników Arsenalu gra tak, jak zapewne Andre Villas-Boas marzyłby, aby grała jego trójka jak wreszcie ją dobierze, z pochwałami jednak bym nie przesadzał: Liverpool pozwolił Arsenalowi na zdecydowanie zbyt wiele.

    Co się zaś tyczy życia wewnętrznego Tottenhamu Hotspur, marzę o zrobieniu sobie chwili przerwy. Męczy mnie powtarzalność pewnych zjawisk, nasilonych w stopniu niedającym się wytrzymać w ciągu kilkudziesięciu godzin piątku i soboty, a obejmujących – mówiąc w największym skrócie – kompletny brak planowania, jeśli idzie o budowanie drużyny. Sezon na dobre rozpoczęty, trzecia kolejka, a zespół wciąż nie gra w tym ustawieniu, w którym zamierza go ustawiać trener. W szatni do piątkowego wieczora niepewność, kto odchodzi, kto zostaje, kto mieści się w planach menedżera (pardon: głównego trenera), a kto powinien przygotować się na sezon obgryzania paznokci na trybunach. Co to robi z ludźmi, widać było po wejściu na boisko niechcianego przez AVB Huddlestone’a: mający za sobą 10 miesięcy bez normalnego futbolu i chcący pokazać się za wszelką cenę Anglik wyleciał z czerwoną kartką po pierwszym wślizgu. Dalej: zakupy na ostatnią chwilę – w tym ten jeden najważniejszy, Joao Moutinho, odpuszczony kilkadziesiąt minut po północy z braku czasu na domknięcie formalności, nie dlatego np., że nie uzgodniono ceny. Kilku kluczowych zawodników kupionych zbyt późno, by wpasowali się w zespół. Kilku (Adebayor, Dempsey) kupionych z zaległościami treningowymi. Efekty? Podobnie jak przed rokiem marna zdobycz punktowa przed pierwszą przerwą na reprezentację (niestety, tym razem punkty stracono nie z czołowymi drużynami tej ligi, jak MU czy MC…), Defoe jako osamotniony wysunięty napastnik, brak kreatywnych graczy w drugiej linii, brak lidera, potrafiącego przytrzymać piłkę w nerwowej końcówce, i aż czterech klasowych bramkarzy w kadrze. Może tylko a propos tych ostatnich: cieszy deklaracja Villas-Boasa, że mimo transferu Hugo Llorisa pierwszym bramkarzem Tottenhamu pozostaje Brad Friedel. Amerykanin bronił świetnie nie tylko wczoraj, ale cały poprzedni sezon. Ale znów: po co kupować następcę 41-letniego zawodnika już teraz i frustrować go siedzeniem na ławce – wiem, Francuz dostanie pewnie szanse w pucharach, ale czy go to zadowoli, wątpię…

    Najlepszy pressing w ten weekend pokazali nam piłkarze Southampton. Przynajmniej w pierwszej połowie. Potem zaczęło się to cholerne szaleństwo, a może raczej – zauważyliście, prawda? – wszedł Paul Scholes i MU wróciło do ustawienia 4-4-2. Po meczu van Persie wychwalał Rudego jako najlepszego na boisku; pochwalamy tę skromność, ale i występ Carricka doceniamy.

    Gdybym miał więcej czasu, sporządziłbym listę wszystkich komunałów do wykorzystania przy okazji omawiania tego meczu, zaczynając od tego, że MU zawsze gra do końca, kończąc zaś na tym, że Robin van Persie po niewykorzystanym karnym zapragnął uniknąć – w tym miejscu koniecznie należy dodać słowo „słynnej” – suszarki, z zauważeniem przy okazji, jak bezlitosna i brutalna bywa angielska ekstraklasa dla drużyn w niej debiutujących. Premier League, bloody hell.

  • Miłe początki

    Com napisał, napisałem, więc za swoje słowa muszę wziąć odpowiedzialność, a nie zabierać się, jak znakomity poprzednik, za umywanie rąk. Zaczynam więc nie od Etihad (choć bardzo chciałbym), a od Emirates, osieroconego przez van Persiego i – jak się okazało po meczu – także przez Songa. Zaczynam od meczu, w którym od pierwszej minuty debiutowali Podolski i Cazorla, później zaś wszedł także – a Arsene Wenger kręcił z niedowierzaniem głową patrząc, jak marnuje wyborną sytuację – Giroud. Zaczynam od pierwszego testu „nowego” Arsenalu i widzę… „stary” Arsenal.

    Stary oznacza w tym przypadku zarówno marnujący sytuacje na skutek przekombinowania przed i w polu karnym przeciwnika, jak grający z wyobraźnią i rozmachem, wspaniale operujący piłką na niewielkiej przestrzeni. Zwłaszcza patrząc na Santiego Cazorlę przypominałem sobie ten dawny Arsenal: Hiszpan szukał sobie miejsca między liniami, pieścił piłkę – bez różnicy, prawą czy lewą nogą – by następnie celnie ją podać (to jego prostopadłe odegranie pozwoliło Giroud znaleźć się sam na sam z bramkarzem), z gracją Cesca Fabregasa. Przy całym szacunku dla Artety, po odejściu Fabregasa i Nasriego w poprzednim sezonie właśnie takiego piłkarza Kanonierom brakowało, a sądząc po tym, jak dobrze wczoraj czuł się na boisku sam Arteta – on również jest tego zdania. Inaczej niż w przypadku Podolskiego, były gracz Villareal i Malagi wpasował się w tę drużynę znakomicie, dość powiedzieć, że wypracował wszystkie najgroźniejsze sytuacje w tym meczu; Niemiec z Gliwic, niestety, zdawał się nie rozumieć, co robią koledzy, nieczysto przyjmował lub źle uderzał piłkę, a w pewnym momencie nawet uniemożliwił strzał Cazorli. Jest, podobnie jak Giroud, nie w pełni sił po mistrzostwach Europy? Tak mówił Wenger dziennikarzom, ale pozwoliłem sobie tego nie kupić: inni zawodnicy uczestniczący w polsko-ukraińskim turnieju potrafili zacząć sezon z większym przytupem.

    Sunderland nie wytrzymał tempa w końcówce, ale generalnie zaimponował organizacją gry obronnej – prowadzonej zresztą bardzo fair. Świetnie radził sobie Colback, dobrze grał wracający do pomocy Sessegnon, Cattermole jak zwykle siedział na plecach rywali, ale w sumie było to dziesięciu piłkarzy broniących dostępu do własnej bramki. Czy van Persie znalazłby między nimi lukę i wykorzystałby dzisiejsze okazje Arsenalu? Może tak, może nie – na Euro w meczu z Danią wszak potrafił nie wykorzystać dużo lepszych. Z pozytywów w grze gospodarzy oprócz błysku Cazorli podkreśliłbym niezły występ Gervinho, który kilkakrotnie zdołał się urwać podwajającym krycie piłkarzom Sunderlandu, i pewną grę między oboma polami karnymi Abu Diaby’ego. Oczywiście znając historię kontuzji tego ostatniego jestem pewien, że po odejściu Songa Wenger wróci na rynek transferowy.

    Podobnie jak Andre Villas-Boas, który nie robi już nikomu złudzeń, że Luka Modrić zagra jeszcze kiedykolwiek w Tottenhamie. Sprawa jest postawiona jasno: Chorwat przejdzie do Realu, ale na warunkach, które zadowolą prezesa Levy’ego i w momencie, w którym klub osiągnie postęp we własnych poszukiwaniach na rynku transferowym. Priorytetem jest przy tym napastnik, nie rozgrywający, choć osobiście mam wrażenie, że przydaliby się obaj. Mimo wysiłków Jermaina Defoe w dzisiejszym meczu, mimo bramki, którą zasłużenie zdobył, Anglik nie bardzo się nadaje do gry na szpicy trzyosobowego ataku: nie potrafi utrzymać się przy piłce pod presją, nie potrafi grać tyłem do bramki, zwyczajnie nie ma po temu warunków fizycznych. Ale też: bez wzmocnienia drugiej linii jeszcze jednym zawodnikiem typu box-to-box (jak to powiedzieć ładnie po polsku?) trudno będzie Villas-Boasowi wprowadzić swoje ulubione 4-3-3. To dlatego wczoraj, podobnie zresztą jak podczas prawie wszystkich meczów towarzyskich, Tottenham wychodził w ustawieniu 4-2-3-1. W połowie drogi ku portugalskiej rewolucji drużyna przypominała raczej tamtą Harry’ego Redknappa, tyle że nieco osłabioną i – oczywiście – z budującymi pierwiastkami nowego myślenia. Pressing Tottenhamu w pierwszej połowie był imponujący, angażowali się w niego wszyscy piłkarze, a efekty było widać: Newcastle nie było w stanie zagrozić bramce Friedela, a zawodnicy Villas-Boasa po przejęciu piłki już na połowie gospodarzy obijali ich słupek i poprzeczkę. Innymi słowy: drużyna stwarzała okazje, nie odsłaniając się, nie dając okazji rywalowi. Żałowałem, owszem, nieobecności nawet na ławce Toma Huddlestone’a, ale przyznaję: w tym tempie by sobie nie poradził, zresztą Sandro jako odbierający piłki był absolutną bestią, a grający w parze z nim Livermore zachowywał się odpowiedzialnie i rozważnie. Szkoda, bo o porażce zdecydowały dwa indywidualne błędy (Walker próbował wybić piłkę głową tak, że spadła na nogę Demba Ba; Lennon i van der Vaart wzięli w kleszcze szarżującego w polu karnym Ben Arfę) i błysk absolutnego geniuszu napastnika Newcastle – po strzale napastnika z Senegalu Friedel nie miał nic do powiedzenia. W przedsezonowej tabelce zapisałem sobie w tym miejscu porażkę – było blisko remisu, zaczynało się dobrze, szkoda.

    Zaryzykuję tezę, że zaczynało się dobrze również w wydaniu Liverpoolu: w pierwszej połowie meczu z WBA tylko fatalna skuteczność Suareza dzieliła nowy zespół Brendana Rodgersa od prowadzenia i spokojniejszej zapewne gry. Trójka pomocników operowała piłką nieporównanie lepiej niż przed rokiem, po lewej stronie co i rusz szarżował zastępujący kontuzjowanego Jose Enrique Glen Johnson. Później jednak była fenomenalna bramka Gery, a później… tu już nie ma co szukać usprawiedliwień, obrońcy Liverpoolu wypadli fatalnie, oba karne były niekontrowersyjne, a szans na kolejne bramki grający z kontry zawodnicy Stevena Clarke’a (kolejny debiut menedżerski, kolejne miłe początki…) mieli co niemiara. Przy całym uznaniu dla ruchliwych piłkarzy ofensywnych WBA warto zresztą zwrócić uwagę na fakt, jak świetnie zabezpieczał ich kolejny nowy w Premier League, pilnujący zwłaszcza Gerrarda Claudio Yacob. Steve Clarke wziął odwet na dawnym pracodawcy, a fatalny humor Rodgersa musiały powiększyć kontuzja wprowadzonego dopiero co na boisko Joe Cole’a i fakt, że na odsiecz musiał wtedy zawezwać piłkarza, który nie pasuje mu do koncepcji, ale za to kosztował majątek – Andy’ego Carrolla.

    Czy Rodgers zatęsknił za Swansea? Z pewnością w Walii po pierwszym meczu nowego sezonu nie mają powodów tęsknić za nim. Pod Michaelem Laudrupem Łabędzie zdemolowały QPR – choć może właściwie należałoby powiedzieć, że to piłkarze QPR sami położyli głowy pod topór. Nie trzeba być Alanem Hansenem, żeby rozdzierać szaty nad shambolic defense gospodarzy (ale też piłkarzy Norwich w meczu z Fulham) – wystarczy dodać, że z sześciu strzałów na bramkę Roberta Greena pięć zakończyło się golem. Nikt się nie spodziewał hiszpańskiej Inkwizycji… Sprowadzony za dwa (!) miliony funtów Michu to kolejny z Iberów, który przeprowadził się na Wyspy i z miejsca zachwycił publiczność (dobrze wypadli też inni debiutanci w Swansea, de Guzman i Flores, wszyscy wypatrzeni w niewielkich, jak na hiszpańskie i angielskie standardy, klubach), ale znakomicie zagrali też ci od Rodgersa: Vorm, Dyer i Routledge. Ten ostatni, którego rozwój w Tottenhamie powstrzymał przed laty Aaron Lennon i który od tamtej pory tułał się to tu, to tam (był także w QPR), nie mogąc nigdzie przebić się do pierwszego składu, zagrał może najlepszy mecz w karierze.

    I pomyśleć, że wszystko to – i więcej jeszcze, bo nie wspomnieliśmy o pierwszych punktach West Hamu Allardyce’a (brrr…) czy remisie Stoke (brrr…) – wydarzyło się wczoraj, a dzisiaj zostało unieważnione przez prawdziwe wydarzenie weekendu: mecz, w którym mistrz Anglii najpierw długo nie mógł poradzić sobie z beniaminkiem, później roztrwonił prowadzenie, gonił wynik, by w końcówce drżeć o zwycięstwo pod naporem szturmujących bramkę Joe Harta nieulękłych graczy w białoczerwonych koszulkach. Chwilę po zakończeniu meczu przeczytałem na Twitterze wszystkie pojawiające się przy tej okazji klisze w stylu, że była to doskonała reklama Premier League, ale w gruncie rozumiem emocje ich autorów. City zaczęło tam, gdzie skończyło w maju, znów tracąc bramki i znów odrabiając straty. Błąd debiutującego w drużynie Rodwella przy drugim golu dla gości był zaiste niewiarygodny, wybicie Lescotta przy pierwszym mogło być lepsze, podobnie jak uderzenie Silvy z karnego – zaryzykuję jednak tezę, że zwycięstwo City nie było zagrożone i może też dlatego z taką łatwością napawałem się romantyzmem chwili, w której prowadzili goście. Nasri grał fantastycznie, Tevez i Yaya Toure niewiele mu ustępowali, groźnie wyglądająca kontuzja Aguero pozwoliła wejść na boisko Dżeko, a potem Balotellemu – doprawdy, narzekania Manciniego na niedostateczne wzmocnienia nie brzmią serio. Southampton? Wślizgi trochę jak z Championship, entuzjazm jednak… Była 87. minuta, goście przegrywali, ale od dobrych kilkudziesięciu sekund nie schodzili z połowy mistrzów Anglii, Zabaleta wybił piłkę na aut, w kierunku linii bocznej ruszył Adam Lallana. Popatrzyłem na łobuzerski uśmiech młodego pomocnika i zrozumiałem frajdę, która musiała być jego udziałem. „Usłyszycie o nas jeszcze nieraz”, zdawał się mówić.

    Nie mam nic przeciwko temu.

    PS Na Hazarda patrzyłem jednym okiem. Czy wypadł lepiej od Cazorli?