Tag: Bentancur

  • Wygrana na Villa Park. Wiatr się odwrócił

    To. Był. Dobry. Mecz. Tottenhamu. Nabrawszy powietrza w płuca i uspokajając oddech patrzę na zapisane wyżej słowa z lekkim niedowierzaniem. Sprawdzam, czy naprawdę tu są i jak się prezentują. 

    Owszem, po pół godzinie gry można było jeszcze mówić, że mecz z silnie przemeblowaną między półfinałami Ligi Europy Aston VIllą przypominał jeden z owych treningów urządzanych przez Antonio Conte, który czasami nakazywał swoim podopiecznym grać w jedenastu przeciwko nieistniejącym przeciwnikom, ale później jednak gospodarze coś tam poprawili i zwłaszcza w drugiej połowie o obronę tego zwycięstwa trzeba było powalczyć.

    I, dalibóg, piłkarze Tottenhamu powalczyli. Od pierwszej minuty przenieśli grę na połowę rywala. Odbierali piłkę wysoko, skacząc do pressingu w sposób zorganizowany i uporządkowany. Byli drużyną, w której każdy był świadom ruchów kolegi – stąd te wszystkie rozegrania w trójkątach. Byli odpowiedzialni. Byli zaangażowani. Tworzyli wspólnotę: nawet pozostający dotąd jakby na peryferiach zespołu Kolo Muani podbiegł do Palhinhi i ucałował go w głowę po jednej z moich ulubionych akcji tego meczu (sezonu?), kiedy Portugalczyk poszedł za wcześnie do wślizgu przed własnym polem karnym, a potem zdążył się poprawić, rzucając się pod nogi rywala, odbierając piłkę i wyprowadzając ją, by dać się sfaulować – a po zejściu z boiska (Kolo Muani, nie Palhinha) szedł wzdłuż linii bocznej zbijając piątkę z kibicami.

    Sporo było takich scen: świętujący wywalczony aut Porro. Niedający odetchnąć obrońcom i bramkarzowi Villi Richarlison. Gallagher, który do gola dołożył przecież fenomenalną grę bez piłki na całym boisku. To był mecz, w którym trzeba było rywala zabiegać i dalibóg: zrobili to. To był mecz, w którym trzeba było wygrywać pojedynki, zgarniać drugie piłki i dalibóg: zrobili to. Ale też to był mecz, w którym z łatwością utrzymywali się przy piłce i – nawet jeśli bramki zdobywali w chaosie wywołanym po stałych fragmentach – wiedzieli, jak kreować kolejne sytuacje. No i to był mecz, w którym trzeba było utrzymać i koncentrację, i poziom zaangażowania do samego końca. W zasadzie się udało.

    Jeżeli Tottenham utrzyma się w lidze – a dla odmiany dziś wiele na to wskazuje – będzie to efekt zatrudnienia trenera, którego etos gry ofensywnej pasuje do tego klubu lepiej niż pragmatyzm jego biedapoprzedników, i który potrafił uspokoić skołatane nerwy swoich piłkarzy, przekonując ich, że mimo katastrofalnej serii meczów bez zwycięstwa i jeszcze bardziej katastrofalnej serii kontuzji, potrafią jednak uprawiać ten sport. Ostatnia konferencja Roberto De Zerbiego, rozpoczęta tyradą o uciszaniu negatywnych myśli – że pech, że kontuzje, że sztab medyczny nie taki, że boisko nie takie – była rzuceniem wyzwania dziennikarzom, ale najpierw musiał w tych wszystkich kwestiach przekonać piłkarzy; mówił na jednej z wcześniejszych konferencji, że po prostu muszą zacząć go słuchać i – zważywszy na komplementy, jakimi obdarzył go dziś w jednym z wywiadów pomeczowych Connor Gallagher – udało mu się. Charyzma działa, nawet jeśli w rozmowach z dziennikarzami charyzmę trzeba podpierać tłumaczem.

    Ale jeżeli Tottenham utrzyma się w lidze, będzie to zawdzięczał również spokojowi, jaki w środku pola wprowadza Bentancur (oby dzisiejszy uraz pozwolił mu dalej wychodzić w pierwszym składzie, bo pod De Zerbim jest znów tym piłkarzem, który zachwycał jeszcze za czasów Contego, w sumie żeby podsumować pobyt w Tottenhamie Thomasa Franka wystarczy przyjrzeć się, jaki antyfutbol prezentował w jego czasach Urugwajczyk), i – dla odmiany – dzikiej energii Gallaghera. To właściwie niewiarygodne, jak można w krótkim czasie i w tak niesprzyjających okolicznościach (po przeciętnym tak naprawdę meczu z Wolverhampton stracili jeszcze Solankego i Simonsa, wcześniej, na początku kadencji De Zerbiego, wysypali się Kudus i Romero…) odbudować wiarę zawodników we własne umiejętności – a zarazem jak można dać im klarowne instrukcje, co mają robić z piłką i bez.

    Tak, to był dobry mecz. Miałbym ochotę napisać nawet, że najlepszy od pierwszych tygodni Postecoglou, ale nie zrobię tego, bo musiałbym skreślić po przeczytaniu. Poprzeczka w ostatnich miesiącach była doprawdy nisko zawieszona; na analizę zmarnowanego sezonu przyjdzie jeszcze czas – na razie powiedzmy z pełnym przekonaniem i bez skreśleń: wiatr się odwrócił.