Tag: Bayern

  • Błędne koło

    1 . „Dlaczego kilkanaście godzin po pucharowej porażce z Blackburn mielibyśmy ochotę zaprowadzić menedżera Kanonierów do psychoterapeuty?” – pytałem w niedzielne popołudnie. No to już znamy odpowiedź – niezależnie od wyniku dzisiejszego meczu z Bayernem, w którym jego Arsenal został po prostu zdeklasowany – udzielił jej sam Arsene Wenger na wczorajszej konferencji prasowej. Mielibyśmy ochotę zaprowadzić go do psychoterapeuty, bo naprawdę tego potrzebuje. Bo nie radzi sobie z nagromadzeniem emocji, związanych z nierówną formą swoich podopiecznych, z osłabieniami, które spotkały klub w ostatnich latach, z idącym w ślad za nimi brakiem wyników i niesprawiedliwą krytyką mediów. Bo nie wytrzymuje presji wpisanej w zawód, który wykonuje. Bo (to problem najpoważniejszy) osłabia w ten sposób drużynę: od dawna jestem przekonany, że jeden z kluczy do zdarzających się coraz częściej niepowodzeń Arsenalu leży w fakcie, iż piłkarze czują za plecami osobowość coraz wrażliwszą, coraz bardziej niepewną siebie, coraz bardziej neurotyczną.

    Strach powiedzieć: to już nie jest ten lekko zdystansowany wykładowca z dyskretnym poczuciem humoru, stający przed gromadą mocno przeciętnych uczniów, przyjazny i nieskończenie cierpliwy wobec ich kolejnych pomyłek przy tablicy. To człowiek, który psychicznie cierpi i który sam przyznaje, że problem Arsenalu leży w sferze psychiki: że w drugich połowach meczów forma jego zawodników jest wprawdzie mistrzowska, ale na pierwsze 45 minut wychodzą z dziwnie spętanymi nogami. Problem w tym, że najwyraźniej nie potrafi udzielić odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak się dzieje – dlaczego dziś zdarzyło po raz kolejny. A nie udzielając odpowiedzi, naraża się na konfrontację z ludźmi, którzy – coż za smutny paradoks – daliby bardzo wiele za to, żeby nadal móc szanować go tak, jak go szanowali przez minionych 16 lat.

    2. Jak zauważył Sam Wallace, prędzej spodziewalibyśmy się, że Arsene Wenger przyniesie swoim piłkarzom chipsy i piwo, niż wejdzie w ostre zwarcie z dziennikarzami. „Dlaczego na mnie patrzysz?” – pytanie zadane wczoraj dziennikarzowi „Daily Mail” Neilowi Ashtonowi, i riposta tego ostatniego („Bo to twoja konferencja prasowa…”) będą odtąd niepomijalnym epizodem w każdej książce biograficznej o obecnym – pytanie, jak długo jeszcze – menedżerze Arsenalu, podobnie jak zawoalowane oskarżenie, że to Ashton wyniósł (do konkurencyjnej gazety?!) informacje o rzekomych negocjacjach na temat przedłużenia kontraktu Wengera. Epizodem otwierającym? Kulminacyjnym? Kluczowym? To oczywiście zależy od tego, jak dla Kanonierów zakończy się ten sezon. Niezależnie od tego, co wydarzyło się dzisiaj na Emirates, powtórzę to, co napisałem dwa dni temu: jeśli Arsenal wywalczy awans do kolejnej edycji Ligi Mistrzów („Puchar czwartego miejsca”, jak to ładnie nazwał Michał Zachodny), jeśli menedżer przedstawi sensowny plan wzmocnień i dobrze rozpocznie następne rozgrywki – przedłużenie kontraktu, wokół którego wybuchła burza na wczorajszej konferencji, mimo wszystko nie powinno być trudne. Temat ten przyjdzie rozwinąć, najpierw warto powiedzieć rzeczy elementarne.

    Arsene’a Wengera wyprowadził z równowagi zmyślony – podkreślam, zmyślony – artykuł na temat jego przyszłości. Z tego, co mówił dziennikarzom, możemy wnosić, iż odebrał tekst jednego z brukowców jako próbę wbicia klina między niego a zarząd i właścicieli Arsenalu oraz uruchomienia dodatkowych pokładów frustracji w kibicach, przeżuwających jeszcze gorycz porażki z Blackburn („Źle mu idzie, a te cymbały chcą jeszcze przedłużać z nim umowę?!”). Niewykluczone, że miał rację. Problem w tym, że emocje, które odsłonił przy okazji, po dzisiejszej klęsce obrócą się przeciwko niemu ze zdwojoną siłą. „Wenger goni w piętkę” – nawet najbardziej szanujący go dziennikarze w takim duchu opisują wydarzenia, a ci nieszanujący problem już zdefiniowali z dużo większą ostrością: Wenger ma zbyt bezpieczną posadę, nie czuje presji, może wszystko, nic go nie obchodzi i stąd kiepskie wyniki.

    To ostatnie jest oczywiście bzdurą. Owszem, Wenger dał przez lata wystarczająco wiele powodów, by zarząd i właściciele klubu traktowali go z pełnym zaufaniem, wiele też wskazuje na to, że niejedna decyzja związana z wydawaniem, a zwłaszcza niewydawaniem pieniędzy, zapadła nad jego głową. Pisanie jednak, że nie czuje presji ktoś, kto podczas każdego spotkania zwija się w kłębek na ławce rezerwowych, przegrywa heroiczny bój z zamkiem błyskawicznym swojej malowniczej skądinąd kurtki i ciska o murawę butelkami, wydaje mi się kuriozalne. Menedżera Kanonierów presja po prostu zżera. Gdyby tak nie było, nie dałby się wyprowadzić z równowagi bredniom jednej bulwarówki.

    3. Jest 19 lutego 2013 roku, Arsenal przegrał mecz w Lidze Mistrzów z drużyną zaliczaną do faworytów rozgrywek, bezkonkurencyjną zarówno we własnej lidze, jak w dotychczasowym marszu przez Europę. Odpadnięcie z drużyną Neuera, Schweinsteigera, Javiego Martineza (cóż za spotkanie rozegrał dzisiaj, ależ przydałby się Arsenalowi ten zawodnik, obserwowany zresztą kiedyś przez Wengera, ale będący poza budżetowymi możliwościami Kanonierów…), Müllera, Ribery’ego i Mandżukicia nie byłoby dyshonorem dla żadnej z angielskich drużyn. Podejrzewam, że Mancini i Benitez nie mieliby nic przeciwko, żeby dzisiaj być na miejscu Wengera – przynajmniej w chwili, gdy wyprowadzał drużynę na mecz przy dźwiękach „Zadok the Priest”.

    Zważmy również, zostawiając na boku osławioną kwestię ośmiu lat bez tytułu („Dziękuję za to pytanie, dawno go nie słyszałem” – ironizował wczoraj menedżer Arsenalu, gdy padła po raz kolejny): w ubiegłym sezonie, mimo utraty Fabregasa i Nasriego oraz wielomiesięcznej kontuzji Wilshere’a, Arsenal zajął trzecie miejsce w angielskiej ekstraklasie. W tym sezonie jest na razie na miejscu piątym, z niewielką, łatwą do odrobienia stratą. Za 10 dni derby Londynu, wymarzona okazja, żeby z czterech punktów zrobił się punkt.

    Próbuję, jak widzicie, obronić tezę z poprzedniego wpisu: osiem lat w piłce to epoka. Bazując na aktualnych możliwościach, fani Arsenalu i opisujący go dziennikarze nie powinni mówić o wygrywaniu Ligi Mistrzów, sięganiu po mistrzostwo czy zdobywaniu krajowych pucharów: zadanie na ten sezon jest jedno, dokładnie takie samo jak w przypadku Tottenhamu. Awansować do Ligi Mistrzów po raz kolejny. Nie dać się wyprzedzić rywalowi z dzielnicy. I zacząć budowę jeszcze raz, w oparciu o grono młodych Brytyjczyków, którzy podpisali właśnie wieloletnie kontakty.

    Z dystansu lepiej widać: Jupp Heynckes mówił wczoraj, że wyjąwszy mecz z Blackburn, Arsenal ma całkiem dobry sezon. Całkiem dobry sezon całkiem dobrej drużyny – tylko że ta całkiem dobra drużyna musiała dziś grać z drużyną wybitną.

    4. Oddając sprawiedliwość Bayernowi za koncert gry w pierwszej połowie (lepszej drużyny na angielskich boiskach w tym sezonie nie oglądaliśmy), zachwycając się Martinezem, Kroosem czy Lahmem, zgadzając się, że Chelsea czy MC też by Bawarczykom nie podskoczyły i zastanawiając się nad tym, co właściwie Guardiola mógłby jeszcze poprawić w ich grze, nie powinniśmy jednak stawiać w tym miejscu kropki. Klasa rywala jest niekwestionowana, ale błędy przy wyprowadzaniu piłki nie były jej skutkiem. Szczęsny czy Koscielny nie musieli wykopywać jej w aut, a Mertesacker pod nogi Martineza, za każdym razem wytracając impet Arsenalu i czyniąc jego zadanie jeszcze trudniejszym. Ramsey, Vermaelen, Mertesacker, Sagna i Szczęsny mogli lepiej się ustawiać i szybciej reagować przy akcjach bramkowych (zwłaszcza odpuszczone krycie Müllera przez o głowę wyższego Mertesackera musi boleć kibiców i trenerów Arsenalu, ze Stevem Bouldem na pierwszym miejscu). Lahm nie musiał mieć tyle wolnego miejsca podczas swoich rajdów, gdyby wracali za nim Podolski czy Cazorla.

    Są też problemy poważniejsze, od lat je wymieniam na tym blogu. Liderzy drużyny. Piłkarze tacy jak niegdyś Partick Vieira czy Tony Adams. Organizatorzy w defensywie, potrafiący potrząsnąć kolegami z przodu. Charaktery z pewnością silniejsze niż ci, których oglądamy dziś w koszulkach z armatką. „Ten zespół jest lepszy niż uważacie”, powtarza Wenger swoją mantrę. Piłkarsko z pewnością ten zespół nie jest zły – swoją klasę w ostatnich miesiącach potwierdzali Cazorla, Walcott, Giroud czy Arteta, czasami także Podolski i Oxlade-Chamberlin, nawet dziś w pierwszych minutach szybki Walcott zakręcił ociężałym van Buytenem, a po akcji Rosicky-Walcott-Giroud w drugiej połowie było blisko wyrównania – piłkarsko, powiadam, bo charakterologicznie… Jack Wilshere jest zbyt młody, by samemu udźwignąć odpowiedzialność, z Wojciecha Szczęsnego po kilku błędach (w gruncie rzeczy może po nieudanym Euro) zeszło powietrze, kapitan Vermaelen jest wśród mylących się najczęściej, Arteta z łatwością mógł dziś dostać czerwoną kartkę. Czy w miejsce Ramseya nie powinien grać Diaby? Nie za późno weszli Rosicky i Giroud? Zostawmy te pytania na rzecz bardziej generalnych.

    5. Niewykluczone, że Arsene Wenger próbował wczoraj zachować się jak Jose Mourinho: wzbudzić zamieszanie wokół siebie, zdejmując presję z piłkarzy, zintegrować swoich podopiecznych, próbując im wmówić, że cały świat jest przeciwko nim, zamknąć drużynę w oblężonej twierdzy i natchnąć do walki… Jeśli tak, to się nie udało. Piłkarze z północnego Londynu znów wyszli na mecz dziwnie spięci, błyskawicznie stracili pierwszą bramkę i stosunkowo szybko drugą, a podnieść się spróbowali dopiero po przerwie – dokładnie tak, jak to opisywał Wenger. Dodajmy, że ów powrót po przerwie ułatwił im błąd sędziów (Arsenal zdobył bramkę po rogu, którego nie było), i że Bawarczycy wcale się tym błędem nie przejęli. „Mamy wewnętrzny spokój i cierpliwość” – mówił na przedmeczowej konferencji Bastien Schweinsteiger. Wszystko można powiedzieć o dzisiejszej ekipie Arsenalu, ale nie to.

    Znamy logikę mediów. Zegar tyka, pewnych słów się nie zapomina, taka porażka to idealny pretekst, żeby uderzyć w Wengera po raz kolejny. Szkopuł w tym, że jesteśmy w błędnym kole. Równie dobrze można powtarzać: pozwólcie tej drużynie wygrać parę meczów w lidze i odzyskać pewność siebie, a potem wzmocnijcie ją liderem defensywy i naprawdę solidnym defensywnym pomocnikiem. Nie wpadajcie w histerię z powodu wpadki w pucharze krajowym, nie dziwcie się klęską w starciu z arcyrywalem w pucharze kontynentalnym, nie żądajcie od menedżera rzeczy ewidentnie niemożliwych. Zaczekajcie do maja.

    „Będzie wam mnie brakowało” – zakończył wczorajszą konferencję prasową Arsene Wenger.

  • Guardiola nie ma ceny

    1. Mógł być najlepiej zarabiającym trenerem świata. Mógł dostać własny jacht i helikopter. Mógł pławić się w blichtrze ligi, która wciąż przyciąga największą widownię, wciąż obraca największymi pieniędzmi i wciąż wydaje się dostarczać najatrakcyjniejszy (czy najlepszy, to zupełnie inna kwestia, do której jeszcze wrócimy) piłkarski produkt. Mógł pójść do Chelsea, gdzie Roman Abramowicz nie nasycił się przecież dotychczasowymi sukcesami. Mógł wybrać Manchester City, gdzie projekt szejków jest zakrojony na skalę szerszą nawet niż projekt rosyjskiego oligarchy, a ich cierpliwość większa niż jego cierpliwość.

    Pep Guardiola – w zaledwie czteroletniej karierze trenerskiej dwukrotny triumfator Ligi Mistrzów, trzykrotny mistrz Hiszpanii, wymienianie pomniejszych z 13 trofeów zdobytych przez niego z Barceloną mogę chyba sobie darować – wybrał ofertę Bayernu Monachium. Chciałoby się rzec: pozostał sobą. Tak samo jak wtedy, gdy uzgadniał z Barceloną odnawialne roczne kontrakty albo gdy w poczuciu wypalenia robił sobie roczny odwyk od piłki i nie chciał słyszeć o jego skróceniu, mimo iż na horyzoncie pojawiały się kolejne oszałamiające propozycje pracy. Albo jak wtedy, gdy mówił, że jedynym poza Barceloną klubem na Półwyspie Iberyjskim, który mógłby poprowadzić, jest tworzony wyłącznie przez zawodników z regionu Athletic Bilbao. „Guardiola, czyli klasa” – pisałem, kiedy pożegnał się z Katalonią; dziś wypada te słowa powtórzyć, przypominając także, jak odrzucał propozycje pracy w klubach mających już swoich menedżerów (w Bayernie Jupp Heynckes przechodzi na emeryturę po sezonie, więc zmiana odbędzie się w sposób aksamitny).

    2. Lektura angielskiej prasy jest bardzo pouczająca. „Panowie, Anglia jest wyspą”, rozpoczął swój cykl wykładów o brytyjskiej historii XIX-wieczny francuski historyk Jules Michelet, i zdanie to wciąż tłumaczy wyjątkowo wiele. Z perspektywy Londynu czy Manchesteru Niemcy były ostatnio wyjątkowo daleko, reprezentanci Bundesligi nie podbijali Champions League tak masowo i regularnie jak drużyny z Premier League, a kluby z Berlina, Dortmundu czy Monachium były raczej eksporterem piłkarskiego towaru do Hiszpanii czy Anglii, same przyciągając głównie zawodników z „rynków wschodzących”. Co się takiego stało w ciągu kilkudziesięciu miesięcy? Dlaczego to w Niemczech pracują szkoleniowcy, wyznaczający nowe trendy (Jürgen Klopp) i piłkarze, za którymi zabijają się ciągle jeszcze bogatsze kluby z Anglii (Robert Lewandowski)? Dlaczego tamtejsze trybuny pękają w szwach, gdy wczorajsza frekwencja na meczu Chelsea z Southamptonem była najniższa w sezonie? Dlaczego finanse niemieckich klubów nie budzą niepokoju ekspertów od Financial Fair Play? Dlaczego poszczególne drużyny nie stały się zabawkami w rękach multimilionerów? „Owszem, wszystkie drogi prowadzą do Rzymu – mówił w grudniu „Guardianowi” Hans-Joachim Watzke, dyrektor generalny Borussi Dortmund. – Chelsea idzie własną ścieżką, ale pytanie brzmi: co się stanie, kiedy Abramowicz zabierze swoje zabawki? W Niemczech wierzymy w kluby tworzone przez członków; nasi fani muszą być członkami klubu, nie jego klientami”. Niemcy jako lekcja do odrobienia przez Anglików. Bolesne…

    3. Wytęż wzrok i znajdź różnice między Chelsea i Bayernem. Tam władze klubu tworzą byli piłkarze (Sammer, Hoennes, Rummenige, Beckenbauer), z którymi inny były piłkarz z łatwością znajdzie wspólny język – tutaj jednemu z najbardziej zasłużonych zawodników w historii klubu, Frankowi Lampardowi, pokazuje się właśnie drzwi, panowie Gourlay czy Tenenbaum sławy na boisku nie zdobyli, a intrygi przeprowadzane na korytarzach Stamford Bridge i w szatni Cobham są tajemnicą poliszynela. Tam umie się pracować z młodzieżą (Toni Kroos, Thomas Muller, Holger Badstuber, David Alaba to najświeższe przykłady, wcześniej byli także Lahm i Schweinsteiger), tutaj wychowanków w pierwszym składzie w zasadzie nie uświadczysz. Tam praca rozłożona jest na lata, słowem-kluczem jest stabilność (może nawet przydałoby się przywołać zapomniane w młodości słówko Ordnung), tutaj wszystko ma być na już, a jeśli nie ma – kolejnym szkoleniowcom pokazuje się drzwi. Tam wiele rzeczy poustawiał znany i ceniony przez Guardiolę Luis van Gaal – tutaj, no właśnie, tutaj rozsypują się ostatnie elementy dziedzictwa nielubianego skądinąd przez Katalończyka Mourinho, a o jakimkolwiek innym dziedzictwie nie ma przecież mowy. Czy jest sens rozpoczynać negocjacje o zatrudnieniu, których kluczowym elementem jest wysokość odprawy w przypadku przedwczesnego zwolnienia?

    4. Propozycja Bayernu finansowo nie może się równać z ofertami Chelsea, MC czy może także PSG, natomiast kreuje przed Guardiolą obraz znajomego świata: klubu będącego współwłasnością kibiców, stawiającego na wychowanków i – co Raphael Honigstein uważa za argument przesądzający – pozwalającego szkoleniowcom skupić się wyłącznie na pracy z piłkarzami. Pracy w „prawdziwym klubie”, a nie w „sztucznym produkcie”, jak napisał jeden z zachwyconych wyborem Pepa hiszpańskich dziennikarzy.

    Ale z mojej perspektywy decyzja Guardioli jest sygnałem ostrzegawczym dla Premier League. Czasy, w których oczywistością było zatrudnianie na Wyspach najlepszych trenerów i piłkarzy świata, należą najwyraźniej do przeszłości. Poziom piłkarski tegorocznych rozgrywek rozczarowuje. W Europie o zwycięstwa jest trudniej niż kiedykolwiek (w Lidze Mistrzów zagrają wiosną wszyscy trzej przedstawiciele Bundesligi, z reprezentantów Premier League odpadła połowa). Ronaldo, Fabregas, Modrić wyjechali, czarodzieje z Barcelony nie zamierzają się przeprowadzać, Ibrahimović również. Z pierwszej dziesiątki najlepszych piłkarzy świata, wybranej przez dziennikarzy „Guardiana”, tylko van Persie i Yaya Toure reprezentują angielską ekstraklasę. W najlepszej jedenastce FIFA, ułożonej przy okazji Złotej Piłki, nie ma ani jednego zawodnika z Wysp. Jeśli jeszcze tego nie zauważyliście, najwyższy czas się obudzić: życie jest gdzie indziej.

  • Orfeusz i Eurydyka

    To się musiało tak skończyć. Od pierwszej zmarnowanej okazji Mario Gomeza, od pierwszego z wielu pudła Robbena, od pierwszego bloku Ashleya Cole’a. Od wszystkich tych chwil (było ich jeszcze przed przerwą co najmniej kilka), kiedy niepilnowany zawodnik Bayernu wchodził w pole karne Chelsea i miał czas nawet na przyjęcie piłki, a potem posyłał ją w trybuny. A może inaczej i wcześniej: od dymisji Villas-Boasa i powierzenia drużyny facetowi, który być może również zostanie  zwolniony z pracy – jeśli nie jutro, to za kilka dni. Od fantastycznego pościgu w meczu z Napoli na Stamford Bridge (skreśliliśmy ich przecież wszyscy po meczu we Włoszech…), przez niesamowity półfinał, grany w dziesiątkę z Barceloną i tak dalej, i tak dalej.

    Wszystkie kluczowe momenty meczu na Allianz Arena obfitowały w ukryte znaczenia, wszystkie układały się w przerażająco logiczną narrację układaną przez wyjątkowo złośliwego scenarzystę (pisałem przed tygodniem o bogu futbolu w kontekście drwin, jakie urządzał sobie z nas podczas ostatniej kolejki Premier League: „W najbliższą sobotę w Monachium zadrwi z nas po raz kolejny. Już się boję”; nie lubię się powtarzać, ale czasami się nie da…). Najlepszy obok Mikela i Czecha w zespole Chelsea Ashley Cole zagapiający się przy golu dla Bayernu (choć Anglika tłumaczy dokonana wcześniej zmiana: Bertranda, który wykonywał kawał dobrej roboty we wspieraniu kolegi z obrony, zastąpił Malouda; zastąpił i nie wrócił we własne pole karne). Schodzący z boiska Müller powtarzający triumfalne gesty Mario Basslera z finału sprzed 13 lat, przegranego ostatecznie z Manchesterem United. Siedemnaście rzutów rożnych Bayernu, a potem ten jeden jedyny dla Chelsea, w przedostatniej minucie meczu. Gol Drogby, którego zabrakło podczas serii rzutów karnych w Moskwie przed czterema laty. Faul tegoż Drogby i karny dla Bayernu. Pudłujący Robben: primo Holender, secundo były piłkarz Chelsea. Tytaniczny wysiłek Niemców, do samego końca próbujących oszukać przeznaczenie i ostatecznie przegrywających, jak Orfeusz w swej walce o uwolnienie Eurydyki. Jeszcze jeden złośliwy uśmiech losu w postaci karnego niewykorzystanego przez Matę. A potem kolejne wielkie interwencje Czecha i decydujący gol człowieka, dla którego być może było to ostatnie kopnięcie piłki w koszulce Chelsea: Didiera Drogby, geniusza i oszusta. Niemiecka drużyna przegrywająca w karnych… Z Anglikami, którzy w karnych wygrywać nie zwykli…

    Jest rzeczą oczywistą, że próbuję w tym pisaniu poradzić sobie z pieskim losem kibica Tottenhamu, który w ostatnich sekundach europejskiego sezonu piłki klubowej został pozbawiony prawa gry w przyszłorocznej edycji Ligi Mistrzów. To też jest element narracji złośliwego scenarzysty: kazać mi teraz przyjmować do wiadomości nieuchronny rozpad drużyny, bo odejście Modricia wydaje się pewne, a odejście Bale’a – wysoce prawdopodobne. Przekreślać sezon, który skończyło się z pięciopunktową przewagą nad Chelsea, z zaledwie punktem straty do Arsenalu… Tylko drużyna, której kibicuję, jest w stanie przegrać wszystko w dniu, w którym nawet nie wychodzi na boisko… Tylko dla drużyny, której kibicuję, dwa najważniejsze wydarzenia w sezonie mogą się wiązać z dymisjami szkoleniowców w innych klubach czy reprezentacjach. Jednak dość o tym teraz, to nie jest wieczór na pisanie o Tottenhamie.

    O czym w takim razie? O triumfie Jose Mourinho, bo zwycięstwo w Lidze Mistrzów zapewniła Chelsea jedenastka, w której od pierwszej minuty zagrało – jeśli dobrze liczę, poprawcie mnie, bo ręce mi drżą i fiszki się rozsypują – siedmiu piłkarzy ściągniętych do klubu przez Wyjątkowego (ale też Chelsea grała dziś z Bayernem jak Inter Mourinho z Barceloną przed dwoma laty). O triumfie Roberto di Matteo, nie tylko sportowym przecież, ale także ludzkim. To chyba jest odpowiedni moment, żeby przypomnieć, jak Włoch po kontuzji, która przedwcześnie zakończyła jego piłkarską karierę, przez długie miesiące walczył z depresją. Wspierany przez rodzinę, umiejący postawić na własny rozwój, studia i kursy trenerskie, wyszedł z choroby w wielkim stylu. Ależ odebrał dziś nagrodę…

    Ależ nagrodę odebrali dziś piłkarze, z których umiał w ciągu minionych miesięcy zdjąć presję i przekonać, że warto powalczyć ten ostatni raz. Dla di Matteo, wynajętego na pół roku, podobnie jak dla starzejących się, z wygasającymi konraktami (Drogba!) zawodników, była to ostatnia szansa na osiągnięcie czegoś wielkiego – razem i dla każdego z osobna. Od Villas-Boasa słyszeli, że są skończeni i byli coraz częściej sadzani na ławce, dziś znakomici: Cole, Lampard, Drogba… Mający w obronie Luiza i Cahilla, którzy dopiero w tym tygodniu wznowili treningi po miesięcznym leczeniu kontuzji (i niemający zawieszonych Terry’ego i Ivanovicia), ofiarni (w liczeniu zablokowanych strzałów Bayernu zgubiłem się po dziesięciu), skoncentrowani i odporni psychicznie podczas serii rzutów karnych. Mający Czecha w bramce…

    Niesamowite to wszystko. Abramowicz ma wreszcie swojego Świętego Graala. Terry i Lampard świętują triumf w Lidze Mistrzów. Schweinsteiger płacze. Ja przypominam sobie po raz nie wiadomo który, jak Balotelli depcze po Parkerze, a potem Defoe nie sięga piłki przed bramką Manchesteru City… Okrutny ten futbol, choć ma swoich bohaterów.